sobota, 29 grudnia 2007

Nie poddaję się!

Były burmistrz Tadeusz Wrotkowski zdecydował się na udzielenie mi wywiadu. Ja postanowiłem, że opublikuję dzisiaj tylko niewielki fragment. Całość zostanie przedstawiona Państwu 31 grudnia. To mój prezencik dla Państwa z okazji Nowego Roku.
(...)
- Ma Pan już wieloletnie doświadczenie w kontaktach z radnymi. Proszę powiedzieć, z kim już nigdy nie chciałby Pan współpracować?
- Będąc starostą miałem kontakty z radnymi powiatowymi. Moja praca na stanowisku starosty trwała zbyt krótko żebym mógł kogoś ocenić pozytywnie lub negatywnie. Będąc przez pięć lat burmistrzem mogę się pokusić o ferowanie pewnych ocen. Najgorzej wspominam radnego Tadeusza Bireckiego, w ubiegłej kadencji radnego gminnego. Wydawało mi się, że swoim doświadczeniem i umiejętnościami przysporzy wiele pożytku gminie. On natomiast całą swoją energię poświęcał na manipulowanie ludźmi, wręcz się w tym lubował...
- Wie Pan, to tak łatwo się mówi: manipulował. Proszę o przykład?
- Pierwszy z brzegu: manipulowanie pracami Komisji Rewizyjnej. Birecki wymusił na członkach Komisji Rewizyjnej skierowania sprawy rewitalizacji Placu Bolesława Chrobrego do prokuratury. Nie porozmawiał ze mną o tym, nie chciał poznać moich wyjaśnień, chociaż dobrze znał sytuację gminy. Drobne przeoczenie przerobił na zbrodnię, za którą tak naprawdę zapłaciliśmy wszyscy. Nie zdziwiłbym się, gdyby teraz szykował podobną "bombę" jakiemuś urzędnikowi powiatowemu, z podobnym skutkiem. Gorąco radzę wszystkim: nie ufajcie Tadeuszowi Bireckiemu!

Świąteczne sesje






Ostatnie w tym roku sesje Rady Miejskiej (27 grudnia) i Rady Powiatu (28 grudnia) pozbawione były emocji. W sesji Rady Miejskiej uczestniczyło 19 radnych. Gwoździem programu okazało się wycofanie rezygnacji złożonej kila dni wcześniej przez Przewodniczącego Rady Adama Mazura. Oprócz tego żywsze emocje wzbudziła sprawa braku regulaminu wynagradzania nauczycieli na przyszły rok. W trakcie dyskusji okazało się jednak, że sprawa nie jest palca jak piaski Sahary i może troszkę się odleżeć, by nabrać mocy mocno urzędowej. Radczyni prawna wyjaśniła, iż regulamin musi być skonsultowany ze związkami zawodowymi nauczycieli (sztuk 2) i dopiero po tym może być przedstawiony wielce czcigodnej Radzie Miejskiej. Na wniosek pani sołtys Grabowna przeprowadzono zbiórkę pieniędzy na rehabilitację młodej mieszkanki tej wsi. Radni i widownia sypnęli groszem i zebrali 825 złotych. Brak było interpelacji ze strony radnych, co oznacza, że wszystko w naszej gminie idzie zgodnie z planem, po linii i w jedynie słusznym kierunku. Potem była lampka szampana (a nawet kilka) i życzenia z okazji nadchodzącego Nowego Roku. Wszyscy sobie życzyli jak najlepiej, najserdeczniej i oczywiście najszczerzej jak mogli. Panował nastrój radości, wzruszenia i powszechne "kochajmy się dziś, bo jutro rzucimy się sobie do gardeł"! Wiadomo! Wybory się zbliżają.
Podobnie było podczas sesji Rady Powiatu. W uroczystej części wręczono medale dla tych rodziców, którzy dostarczyli naszej armii co najmniej trzech pociech. Dekoracji dokonywał przedstawiciel wojska, któremu towarzyszył z wielkim zaangażowaniem Przewodniczący Władysława Stanisławski. Z kolei w rolę asystentki Przewodniczącego weszła starościna Beata Pona. I muszę stwierdzić, iż w roli tej zadebiutowała znakomicie. Należy po Nowym Roku zastanowić się, czy nie marnuje się ona nieproduktywnie na stanowisku starościny. Moim skromnym zdaniem w strukturze organizacyjnej starostwa należy utworzyć stanowisko np. "Powiatowego Doręczyciela Kwiatów" i właśnie powierzyć je Beacie Ponie. A gdyby tak jeszcze starościna zaplotła sobie dwa warkoczyki to byłby hit nad hitami! Mielibyśmy do czynienia z powiatowym wcieleniem Pipi Langstrump!
Były wręczane medale im. Henryka Jordana dla osób zasłużonych w działalność na rzecz dzieci. Ale wracajmy do rzeczy. Sesja poświęcona była uchwaleniu budżetu na rok 2008. Radni nie rozwodzili się nad zawiłościami budżetowymi, nie mieli pytań a gdyby mieli to odpowiedzi na nie znali z góry. I tak konsekwentnie postanowili pozwolić Zarządowi Powiatu na dalsze zaciągnie pożyczek w łącznej kwocie 8 mln 100 tys. złotych. I słusznie. Milion w tą - milion w tamtą już nie ma żadnego znaczenia. W tej sprawie wstrzymały się trzy osoby. Przewodniczący Władysław Stanisławski zaapelował raz jeszcze o zgłaszanie się ochotników do Komisji Rewizyjnej, która istnieje w stanie szczątkowym. Stwierdził: "gwałcił nie będę - prawo zabrania". Na sali dało się odczuć po tym stwierdzeniu westchnienie nieskrywanej ulgi. Następnie Przewodniczący przeprosił za nietakty, jakie mógł popełnić w 2007 roku. Następnie zaczął mówić o miłości do naszej "małej ojczyzny", czym tak mnie wzruszył, że się popłakałem. Naocznym i wiarygodnym świadkiem mojego wzruszenia była Irena Krzyszkiewicz a jej chyba Państwo wierzą? Kończąc swoje przemówienie Przewodniczący trochę się zagalopował, bo stwierdził, że w mijającym roku były sukcesy. Widać jednak było, że sam nie bardzo wierzy w to co powiedział. Zreflektował się szybko, że wkroczył w krainę fikcji i mitów i kulturalnie zakończył sesję zapraszając wszystkich obecnych na symboliczną lampkę szampana (a może kilka). Potem wszyscy życzyli sobie wszystkiego niemożliwego w 2008 roku, prawili sobie komplementy i był to czas wzajemnej adoracji oraz ukrywania najskrytszych uczuć. I z przekonaniem, że każdy z nas kocha każdego z nich, rozeszliśmy się, by zejść w Nowym Roku.

niedziela, 23 grudnia 2007

Z okazji...

Moim oddanym i wiernym Czytelnikom życzę dokładnie tego, czego oni sobie sami życzą. I jeszcze więcej.

Zagorzałym i wiernym wrogom życzę tego, czego oni życzą mi, ale też tak nie do końca. Świat bez Was byłby dla mnie nie do przyjęcia. Liczę na dostarczenie licznych atrakcji.

Neutralnym życzę pozostania na tej pozycji, aż do dnia, w którym rzeczywistość zapuka do ich drzwi.

Z wyrazami wzruszenia
Robert "Kanalia" Mazulewicz

Totumfaccy



Wskazanie przez wojewodę dolnośląskiego kandydata na komisarza gminy Góra jest początkiem kampanii wyborczej. Dla mieszkańców naszej gminy nie ma większego znaczenia kto będzie komisarzem. Sprawa ta ma jednak kapitalne znaczenie dla przynajmniej jednego kandydata na burmistrza. Piotr Wołowicz, jak pisałem wcześniej, jest szefem powiatowych struktur Platformy. Partia ta w samorządzie gminy wchodzi w skład "Czasu na zmiany", który jako Komitet Wyborczy jeszcze rok temu forował na stanowisko burmistrza Irenę Krzyszkiewicz. Dla przypomnienia: jego trzon stanowiła Platforma i osoby związane towarzysko z liderkom. Nominacja Piotra Wołowicza na stanowisko komisarza da więc "Czasowi na zmiany" realne instrumenty sprawowania władzy w okresie wyborczym. Z całą pewnością komisarz nie będzie bezstronny, bo nie w tym celu dołożono wszelkich możliwych starań, by to on a nie np. bardzo sprawny administrator sekretarz Tadeusz Otto otrzymał taką nominację. Szło tu o to, że Tadeusz Otto nie dałby się wmanipulować w przedwyborcze manewry. Przypatrzmy się sytuacji w Radzie Miejskiej. "Rządząca opozycja" - pod wodzą Ireny Krzyszkiewicz - ma większość. Wygrywa głosowania jak chce i kiedy chce. Przepadają nawet sensowne projekty uchwał, które i tak wrócą pod obrady i zostaną przyjęte po kosmetycznych zabiegach, ale już jako mądre i przemyślane propozycje "opozycji rządzącej". Chodzi o to, by przywłaszczyć sobie projekty uchwał będące efektem pracy ekipy Tadeusza Wrotkowskigo, ale tak, by wyborcy kojarzyli te uchwały nie z poprzednią ekipą lecz obecną. "Czas na zmiany" znajduje się w chwili obecnej w koalicji z niedobitkami z "Samoobrony" oraz tymi radnymi, których pragnień i życzeń nie spełnił Tadeusz Wrotkowski. Jest to koalicja przypadkowa a jedynym jej spoiwem jest niechęć do byłego burmistrza. Koalicjanci nie mają programu z wyjątkiem wyjątkowej żądzy objęcia władzy. Za poparcie wkrótce wystawią rachunek. Wiedzą, że swoje żądania będą musieli przedstawić jak najszybciej, jeszcze przed wyborami, bo po nich wybrany w wyborach powszechnych burmistrz wcale nie będzie musiał się z nimi liczyć. I już w tej chwili tak się dzieje. Proszę popatrzeć na przełożone głosowanie nad likwidacją Straży Miejskiej, która zbiera tak niepochlebne opinie. Oddalenie tej uchwały to zapewnienie sobie jednego głosu w Radzie Miejskiej.
Zagadkowa pozostaje rezygnacja przewodniczącego Rady Miejskiej Adama Mazura z pełnionej funkcji. Nie bardzo chce mi się w nią wierzyć, bo rezygnacji na piśmie nie ma. Rodzi się pytanie: kto na jego miejsce? Krążą pogłoski, iż następcą ma być Irena Krzyszkiewicz, która będzie równocześnie kandydowała na burmistrza. W ten sposób cała władza znajdzie się rękach "Czasu na zmiany" i ogromnie zmaleje rola Rady Miejskiej. Sądzę jednak, iż Adam Mazur przemyśli swoją decyzję, gdyż jego rezygnacja oznacza dla niego marginalizację. A na to chyba pozwolić sobie nie może jeżeli myśli o politycznej przyszłości.
Można założyć, iż wybory na burmistrza odbędą się dość szybko (minimum ustawowe to 45 dni). Będzie na tym zależało "rządzącej opozycji". Wbrew pozorom czas nie gra na ich korzyść. Część koalicjantów będzie nasilała żądania, których spełnienie może okazać się politycznym samobójstwem. I rzecz ostatnia: sprawowanie władzy zużywa i pozbawia atutów. Wyborcy mogą powiedzieć "sprawdzam" i blef ujrzy światło dzienne.

sobota, 22 grudnia 2007

S.O.S.

Podczas posiedzenia Społecznej Rady SPZOZ, o której Państwu pisałem nieco niżej, starościna Beata Pona zaapelowała do uczestników spotkania o pomoc w poszukiwaniu lekarzy, którzy chcieliby podjąć pracę w naszym szpitalu. W związku z powyższym zwróciłem się do doktora nauka medycznych Stanisława Andrzeja Hoffmana z pytaniem, czy byłby on skłonny do poszukania wyższego personelu medycznego. Pan Hoffmann odpowiedział mi, że w ogólnych zarysach zna położenie szpitala. Potem mnie ochrzanił, że maluję sytuację w zbyt ciemnych barwach. Następnie gdzieś przedzwonił i stwierdził, że jest gorzej niż ja mu przedstawiam i powtórnie mnie objechał za zbyt optymistyczny opis sytuacji. Jak już ochłonął, odłożył całkiem ostry skalpel i rzekł, iż w jego przychodni pracuje 16 specjalistów. Ma również dwa numery telefonów stacjonarnych i telefon komórkowy a wszystko to jest sprawne. Nigdy jednak nikt do niego nie zadzwonił i nie poprosił o pomoc w tej sprawie. Surowym tonem nakazał mi wyciągnięcie notesu i długopisu i zanotowanie następujących numerów: 065 544 10 80, 065 544 10 18 oraz 0 697 730 172. Pod dwoma pierwszymi numerami można mnie zastać - zakomunikował - codziennie oprócz sobót i niedziel od 9 do 19. Komórkę noszę z sobą i zawsze odbieram. Jak władzy zależy na szpitalu, to proszę bardzo - niech dzwonią. Upoważnił mnie do opublikowania tych informacji na blogu. Stwierdziłem, że władza mojego bloga nie czyta. Doktor uśmiechnął się i rzekł: "Nikt nie czyta - wszyscy wiedzą". Co miał na myśli?

Burmistrz na niby


Jak poinformowały mnie wiarygodne źródła w urzędzie wojewódzkim we Wrocławiu, wojewoda Rafał Jurkowlaniec wyznaczył kandydata na komisarza miasta i gminy Góra. 19 grudnia bieżącego roku z urzędu wojewódzkiego we Wrocławiu wypłynęło pismo do Prezesa Rady Ministrów z prośbą o zaakceptowanie na tym stanowisku Piotra Wołowicza. W chwili obecnej jeszcze nie wiadomo, kiedy nastąpi oficjalne podpisanie wniosku przez premiera Donalda Tuska, w którego kompetencjach leży wyznaczanie komisarzy rządowych.
Piotr Wołowicz, lat 33, jest z wykształcenia politologiem. Studia ukończył na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest szefem powiatowych struktur Platformy Obywatelskiej i stąd jego kandydatura na komisarza wysunięta przez wojewodę, który jest również z Platformy. Kandydat na komisarza od 5 lat związany jest z PO. W okresie, kiedy szefem założonej przez Stanisława Hoffmanna Platformy był Jan Leończyk, kandydat na komisarza pełnił funkcję rzecznika prasowego partii. W wyborach samorządowych w roku 2002 startował do Rady Miejskiej. Uzyskał wówczas 68 głosów i przepadł. W 2006 roku startował z sukcesem. Otrzymał 105 głosów kandydując z Komitetu Wyborczego "Czas na zmiany" i znalazł się w Radzie Miejskiej. W kręgach samorządowych postrzegany jest jako zauszniki swojej szefowej - Ireny Krzyszkiewicz - kandydatki na urząd burmistrza w zbliżających się wyborach. Wyznaczenie na komisarza Piotra Wołowicza ma pomóc kandydatowi Platformy - Irenie Krzyszkiewicz - w zdobyciu fotela burmistrza. W chwili obecnej kandydat na komisarza pracuje na stanowisku sekretarza urzędu gminnego w Niechlowie. Wcześniej pracował w urzędzie gminy Góra w dziale promocji. Odszedł po krótkim okresie czasu z jeszcze nieznanych mi przyczyn.

czwartek, 20 grudnia 2007

Historyczny moment




Dzisiejsze posiedzenie Komisji Oświaty, Kultury i Sportu Rady Powiatu zdominował temat utworzenia Powiatowego Muzeum Ziemi Górowskiej. Do komisji wpłynął projekt uchwały w tej sprawie, który podpisała grupa 7 radnych: Marek Biernacki, Jan Kalinowski, Paweł Niedźwiedź, Marek Hołtra, Kazimierz Bogucki, Teresa Sibilak, Tadeusz Podwiński. Zgodnie z obowiązującymi procedurami projekt uchwały musi przejść drogę legislacyjną m.in. poprzez czytanie i zaakceptowanie bądź nie przez odpowiednie komisje. Komisja obradowała w składzie: Marek Biernacki - przewodniczący, Grażyna Zygan - Zeid, Teresa Sibilak, Stefan Mrówka oraz Edward Szendryk. Komisja zaprosiła na swoje posiedzenie przedstwicieli grupy zainteresowanej utworzeniem muzeum: Zbigniewa Józefiaka i Mirosława Żłobińskiego. Radni zadawali pytania dotyczące koncepcji utworzenia muzeum, możliwości zdobycia funduszy, współpracy z samorządami gminnymi. Wszyscy uczestnicy spotkania byli zgodni, że budynek w którym obecnie znajduje się Powiatowy Urząd Pracy jest wprost idealne jako miejsce ulokowania muzeum. Po około godzinnej wymianie poglądów nadszedł moment kulminacyjny - głosowanie. Za pozytywnym zaopiniowaniem uchwały opowiedzieli się wszyscy członkowie komisji.
Pierwszy krok został zrobiony. Pozytywnie zaopiniować projekt uchwały muszą jeszcze dwie komisje oraz Rada Powiatu. Przypomnieć należy, że Rada Powiatu liczy 15 radnych a pod projektem uchwały podpisało się 7. Do większości brakuje 1 głosu. Miejmy nadzieję, że inicjatorzy zdołają go pozyskać i tym samym niezmaterializowana od ok. 1960 r., idea powstania takiej placówki znajdzie swój szczęśliwy wymiar.
Radni, którzy podpisali projekt uchwały, oraz ci, którzy dzisiaj na Komisji Oświaty, Kultury i Sportu jako pierwsi tak zdecydowanie opowiedzieli się za muzeum, znajdą trwałe miejsce w historii naszego powiatu.

Emerytalne dementi

Na wczorajszej sesji Rady Powiatu starościna Beata Pona poinformowała radnych, że były burmistrz Tadeusz Wrotkowski zwrócił się do niej z podaniem o powrót na wcześniej zajmowane stanowisko. Chwilę później stwierdziła, iż trwa kompletowanie dokumentów Tadeusza Wrotkowskiego w związku z jego przejściem na emeryturę. W dniu dzisiejszym, podczas rozmowy telefonicznej z Tadeuszem Wrotkowskim poprosiłem go o ustosunkowanie się do wypowiedzi starościny. Tadeusz Wrotkowski stwierdził: "Dokumenty kompletuję, gdyż upłynęło 6 lat od chwili kiedy przerwałem swoją pracę w Starostwie Powiatowym. Bywa nieraz tak, iż z biegiem czasu następują problemy z uzyskaniem jakiegoś dokumentu, toteż wolę je zgromadzić obecnie i mieć w prywatnym archiwum. Jeżeli natomiast idzie o moje przejście na emeryturę, to stwierdzam, że nie mam takiego zamiaru. Najwyraźniej zaszło jakieś nieporozumienie lub nadinterpretacja mojej prośby o skompletowanie moich dokumentów".

Tylko cud?




Po raz pierwszy od maja 2007 r. zebrała się dzisiaj Społeczna Rada SPZOZ. Rada jest ciałem doradczym, w którego kompetencjach leży zapoznawanie się z sytuacją SPZOZ, doradzanie i opiniowanie decyzji w sprawie tego zakładu. W myśl Regulaminu działania Społeczna Rada SPZOZ ma zbierać się minimum jeden raz na kwartał. Dzisiejsze posiedzenie poświęcone było ocenie sytuacji w jakiej znajduje się nasz szpital. Dyrektor szpitala - Czesława Młodawska - przedstawiła wyniki finansowe oraz braki kadrowe. Już na początku swojego wystąpienia stwierdziła, że nasz szpital jest najbardziej zadłużonym w kraju, jeżeli chodzi o wysokość zadłużenie. Do dnia 30 listopada br. szpital osiągnął zysk operacyjny w wysokości ok. 100 tys. zł. Strata szpitala z całkowitej działalności wyniosła ok. 4,5 mln zł. Na tę stratę złożyły się zajęcia komornicze na rzecz ZUS, który nie był opłacany od 2000 roku. Nie było egzekucji tych należności aż do stycznia 2007 r. Obecnie nastąpiły i komornik zajmuje dużą część środków. Dyrektor SPZOZ poinformowała członków Rady, iż spowodowała zmniejszenie należności wobec Urzędu Skarbowego o ok. 300 tyś. zł., i umorzeniu ok. 750 tyś. zł. wobec PEFRON - u. Według jej oceny ogólna suma należności zmalała o ok. 1,7 - 1,8 mln. zł. Poinformowała również, iż Narodowy Fundusz Zdrowia płaci wszystkie nadwykonania, czyli zabiegi wykonane przez szpital ponad limit kontraktu. Wcześniej płacono uznaniowo i po dość długim okresie oczekiwania.
Oprócz długu bardzo ważnym problemem jest brak lekarzy. Kilku lekarzy odejdzie z końcem roku. Radny Marek Hołtra odczytał nazwiska 11 lekarzy, którzy odeszli w tym roku lub zapowiedzieli swoje odejście z dniem 31 grudnia. Sytuacja jest dramatyczna. Zagrożone jest funkcjonowanie oddziału dziecięcego ze względu na brak pediatrów. Specjalizacja ta jest od pewnego czasu deficytowa w całej Polsce. Czesława Młodawska poinformowała, że poszukiwała i nadal poszukuje lekarzy. Rozmowy trwają i nic nie jest przesądzone. Płace lekarzy w naszym szpitalu są porównywalne z innymi szpitalami. Danuta Perek zwróciła uwagę na narastające braki w średnim personelu medycznym, czyli kadry pielęgniarskiej. Szpitale w Rawiczu i Lesznie "podkupują" górowskie pielęgniarki oferując bardzo dobre warunki płacowe - podstawa ok. 2000 zł. Szpitale te mają wyższe kontrakty, co pozwala im na składanie takich ofert. Podano przykład porównywalnego szpitala w Rawiczu, który miał na ten rok kontrakt w wysokości ok. 17 mln zł, podczas gdy nasz szpital (przy podobnym zatrudnieniu) ok. 8 mln.
Głośno po raz pierwszy rozważano możliwości przekształcenia szpitala w spółkę prawa handlowego. By jednak to nastąpiło szpital nie może mieć długów. W przypadku przekształcenia szpitala w spółkę właścicielem szpitala pozostanie powiat. Jednocześnie spowoduje to prawną likwidację szpitala istniejącego w dotychczasowej formie i przejęcie jego zadłużenia przez organ założycielski, którym jest powiat. Po raz pierwszy usłyszeliśmy również, i to z ust samego Przewodniczącego Rady Powiatu, stwierdzenie, iż oddziały na których jest zbyt małe "obłożenie" (mało pacjentów) należy zamykać. Przewodniczący stwierdził: "Czy są Państwo w stanie poświęcić 10 pracowników, by by uratować 200?" Słowa te skierowane zostały do pielęgniarek, które chyba przyjęły je ze zrozumieniem.
Edward Kowalczuk stwierdził, iż zawiązanie spółki w obecnej sytuacji kadrowej szpitala niczego nie zmieni. Istnienie spółki nie wpłynie na wynik finansowy, który będzie niezadawalający jeżeli nie zwiększy się suma kontraktu z NFZ. Przy tym poziomie wydatków i wpływów również spółka szybko się zadłuży, chociaż na starcie będzie miała czyste konto. Nie należy zapominać, że spółka prawa handlowego musi mieć zysk, bo inaczej ulega likwidacji - zakończył Edward Kowalczuk.
Zebranie zakończyło się w minorowych nastrojach. Sytuacja jest fatalna. O przyszłości szpitala zadecydują najbliższe tygodnie. Wydaje się, że tak naprawdę trwanie szpitala zależy od szczęścia jakie będzie miała dyrektor Czesława Młodawska w znalezieniu lekarzy. Jeśli jej się to uda, będzie to istny cud! Trzymajmy kciuki.

środa, 19 grudnia 2007

Pod znakiem wyborów


Dzisiejsza sesja Rady Powiatu przebiegła spokojnie i bez większych emocji. Program sesji nie był zbyt obfity. Zresztą, nawet jak program jest obfity, to niewielu radnych dyskutuje. Zawsze idzie "rach - ciach" i po krzyku. Z obrad warte zapamiętania jest kilka rzeczy. Wyłoniono nowego członka Zarządu Powiatu. Została nim Teresa Sibilak, która startowała z listy Tadeusza Wrotkowskiego. W tajnym głosowaniu uzyskała ona na 14 obecnych radnych następujący wynik wyborczy: za - 10, przeciw - 3, wstrzymujący - 0, 1 głos był nieważny. W tym miejscu muszę pochwalić starościnę Beatę Ponę, która uzasadniając kandydaturę Teresy Sibilak powiedział, iż ma ona doświadczenie związane z pracą w ochronie środowiska i przyda się ono Zarządowi. Z bólem przychodzi mi zgodzić się ze starościną. Temu Zarządowi, który bardzo przypomina skansen, jest rzeczywiście potrzebna osoba o takich własnie umiejętnościach. Teresie Sibilak składam wyrazy współczucia.
Przyjmowane na sesji były również rezygnacje. Zatwierdzono rezygnację członków Komisji Rewizyjnej - przewodniczącego Marka Hołtry oraz członka Kazimierza Boguckiego. Entuzjazmu z tego powodu wśród rządzącej koalicji nie było. Świadczą o tym wyniki głosowania. W obu przypadkach za było 5 radnych a przeciw - 9. Zgodnie z prawem radni ci przestali być członkami tejże komisji. A wiadomo, że jak jedni ustępują należy wybrać ich następców. Poczyniono taką próbę. Padły propozycje pod adresem: Jana Kalinowskiego, Tadeusza Podwińskiego, Anny Berus i Grażyny Zygan - Zeid. Wszystkie te osoby grzecznie i stanowczo odmówiły. I tak jesteśmy bez ustawą przewidzianej Komisji Rewizyjnej, w której składzie pozostał robiący za singla Paweł Niedźwiedź. Przewodniczący Rady Władysław Stanisławski wyjaśnił radnym, że komisja ta jest obligatoryjna a jej brak spowoduje interwencję wojewody. Może dojść do sytuacji, w której z powodu braku Komisji Rewizyjnej zostanie rozwiązana Rada Powiatu, nastąpi zarząd komisaryczny i odbędą się nowe wybory. Pomimo przestróg Przewodniczącego nikt z radnych nie wymiękł.
Pełnym sukcesem zakończył się wybór członków komisji, której zadaniem będzie dokonanie kontroli SP ZOZ w Górze. W skład tej komisji weszli: Janowie - Kalinowski i Sowa, Stefan Mrówka oraz Edward Szendryk (ciekawe czy zdąży na jej posiedzenia?). Tadeusz Podwiński odmówił. Nie odmówił natomiast wyjaśnienia dlaczego zrezygnował z funkcji członka Zarządu Powiatu. W swoim wstąpieniu stwierdził, ze chce być uczciwy wobec wyborców i wierny programowi wyborczemu. Przypomniał koalicjantom, iż złamali oni umowy dotyczące: sporządzenia bilansu otwarcia w chwili przejmowania władzy, sporządzenia audytu szpitala, stworzenia programu naprawczego SP ZOZ, opracowania nowej struktury organizacyjnej Starostwa Powiatowego, obsadzenia wakujących stanowisk dyrektorów wydziałów w Starostwie. W odpowiedzi usłyszał od starościny Pony, iż nie sztuka odchodzić, gdy masa nie rozwiązanych problemów oraz, ze liczy ona na dalsze współdziałanie i współpracę. Coś mi się wydaje, że się przeliczy.
Niezły numer wykręcił radnym Przewodniczący Władysław Stanisławski. Rada przyjmowała powiatowy program zapobiegania przestępczości. Radny Marek Hołtra zwrócił uwagę, iż w programie tym użyta została niewłasciwa nomenklatura. Przewodniczący również wniósł swoją uwagę. Niewinnie spytał o zakup radiowozu, który wg tegoż programu miał nastąpić do końca 2007 roku. Na sali rozległ się śmiech. Starościna zaczerwieniona jak rzodkiewka prostowała wpadkę twierdząc, iż zapis taki to przeoczenie. Wygląda na to, że tylko Marek Hołtra i Władysław Stanisławski czytają materiały na sesję. Reszta dobrym zwyczajem głosuje w ciemno. Ciekawe, co by to było, gdyby diety radnych skarbnik wysyłał w ciemno?
Niezwykłymi umiejętnościami w zakresie szybkości montażu mebla zabłyśli Władysław Stanisławski oraz Jan Sowa. Prawo nakazuje, by wybory na członka Zarządu Powiatu odbywały się w głosowaniu tajnym. Kiedy procedura się rozpoczęła okazało się, że nie ma kabiny gwarantującej przeżywanie tej doniosłej i wzruszającej chwili w odosobnieniu. Obaj panowie błyskawicznie znaleźli trzy deski (ciemna sosna) i przystąpili do dzieła. I nie minęło 30 sekund, jak kabinka została wyczarowana! Z trzech desek! Ani jednego gwoździa, wkręta, wkrętarki! Cud istny! Widać, że obaj panowie mają dużą wprawę w meblowaniu.

wtorek, 18 grudnia 2007

Eksterminator

Jakiejż bolesnej przygody wczoraj doświadczyłem! Chciano mnie eksterminować! A było to tak. O godzinie 9 rano wkroczyłem w progi Urzędu Miasta celem przysłuchania się obradom Komisji Budżetu i Finansów. Zasiadłem w pięknie odnowionej sali nr 110 i spokojnie oczekiwałem na rozpoczęcie obrad. Radni schodzili się z wolna, nieśpiesznie. Przewodniczący komisji, Zygmunt Iciek, ze spokojem liczył w pamięci wchodzących radnych. Pięć minut po 9 ogłosił rozpoczęcie obrad. O głos, jako pierwszy, poprosił radny Eugeniusz Stankiewicz. Taka to mowę zasunął radny zebranym na sali: piątą kadencję jestem radnym. Piątą kadencję! (podkreślił z naciskiem). Przychodzili na komisję zaproszeni dyrektorzy, naczelnicy, goście. On jednak się pyta: co robi na sali pan redaktor? Tu spojrzał w moją stronę. Popatrzyłem za siebie do tyłu, bo myślałem, że ktoś z prasy siedzi za moimi plecami. Patrzę i nikogo nie widzę! Myślę sobie: ki czort?! O mnie to radny mówi?! Toż jaki tam ze mnie redaktor! Spoglądam na radnego Eugeniusza i już rozumiem, że mu o mnie chodzi! Ludzie, jak on na mnie spoglądał! Oczy mu się takie błyszczące zrobiły, ogromne i pałające ogniem. Sczerwieniał cały, żyły wystąpiły mu na czole i w miejscu gdzie w zamierzchłych czasach miał włosy. Policzki przybrały barwę "czerwonae buraczki max". A jak włosy mu dęba stanęły! Wydawało się przez tę krótką chwilę, że ma pełne owłosienie a nawet musi iść natychmiast do fryzjera. Sądziłem, że za chwilę radny przemieni się w krzak gorejący. Przewodniczący komisji instynktownie wyczuwając ogromne napięcie wytworzone siłą woli i uczuć, którymi obdarzył mnie radny Stankiewicz, spokojnie i cicho powiedział: "każdy ma prawo przyjść na komisję". Słowa jego jednak nie zdołały dotrzeć do rogalikopodobnych uszu radnego Stankiewicza. Z mocą i wewnętrznym przekonaniem powtórzył: piątą kadencję jestem radnym i pierwszy raz się z z tym spotykam. Na to szczere wyznanie przewodniczący komisji stwierdził równie szczerze, że: "ludzie się nie interesowali". Napięcie opadło. Odetchnąłem z ulgą. Państwo nawet nie wiecie ile kosztowała mnie ta krótka chwila. Jak radny Stankiewicz patrzył na mnie to najpierw przesunęło mi się na prawo serce, potem przestała w żyłach krążyć krew a w fazie końcowej zabrakło mi oddechu. Pomyślałem sobie: koniec z tobą kanalio! I niechybnie runąłbym na podłogę rażony minumum 26 przyczynami zgonu, gdyby nie przytomność umysłu przewodniczącego Zygmunta Icieka. Mniejsza o mnie. A co by tak było, gdyby radnemu Eugeniuszowi Stankiewiczowi się coś stało? Kto poniósłby konsekwencje za jego zejście? A co najgorsze: co z radą, która pozbawiona by została tak cennej jednostki? Cenność radnego Stankiewicza wyraża się bowiem tym, iż mózg jego jest "tabula rasa". Nieskażony on został wiedzą o następujących rzeczach: Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, Ustawą o samorządzie, Ustawą o dostępie do informacji publicznej. Z dumą i chwałą zaprezentował tę nieznajomość na posiedzeniu komisji. Wiadomo - radny fachowiec. Sądzę, że radnemu Stankiewiczowi trzeba pozwolić zapoznać się z podstawowymi aktami prawnymi obowiązującymi w samorządzie. Radnego Stankiewicza najwyraźniej zmęczyło pięć kadencji. Należy mu się od wyborców bezterminowy urlop szkoleniowy.
Doktorowi Zygmuntowi Iciekowi pragnę złożyć szczere wyrazy wdzięczności za uratowanie mi życia. Niech "genius loci" zawsze będzie z Panem

Senna rutyna


Dzisiejsza sesja Rady Miejskiej była pierwszą bez burmistrza Tadeusza Wrotkowskiego. W materiałach przygotowanych dla radnych znalazło się 17 punktów obrad. Przewodniczący Rady Miejskiej, Adam Mazur, zaproponował skreślenie z porządku obrad 7 z 17 punktów obrad. W głosowaniu "rządząca opozycja" (takie to stwory w naszej Radzie Miejskiej się rodzą!) przygniatającą większością głosów przychyliła się do uprzejmej prośby przewodniczącego Rady Miejskiej i zaakceptowała zmianę porządku obrad. I tak z porządku obrad spadły m.in. uchwała w sprawie rozwiązania Straży Miejskiej, w sprawie regulaminu funkcjonowania Cmentarza Komunalnego w Górze i rzecz najważniejsza - uchwała budżetowa na rok 2008. "Rządząca opozycja" ustami swojej liderki - Ireny Krzyszkiewicz - poinformowała zebranych, iż budżet przygotowany jeszcze przez Tadeusza Wrotkowskiego przepadł podczas głosowań we wszystkich komisjach. Zapomniała jednak dodać, iż w tychże komisjach "rządząca opozycja" ma większość. Dla jasności należy dodać, że Regionalna Izba Obrachunkowa nadesłała pismo informujące, że nie wnosi ona uwag do projektu budżetu gminy Góra na rok 2008. Nie od dziś jednak wiadomo, że w naszej Radzie Miejskiej opinie fachowców cieszą się najmniejszym wzięciem wśród radnych, którzy uważają się za fachowców w każdej dziedzinie wiedzy. I w ten sposób od 1 stycznia będziemy żyli z prowizorium budżetowym. Niejasne są powody, dla których "rządząca opozycja" nie przyjęła budżetu. Jej liderka - Irena Krzyszkiewicz - głośno mówiła o ścięciu wydatków na rozbudowę Domu Kultury, która miała w zamyśle Tadeusza Wrotkowskiego, stanowić 2. etap tworzenia ośrodka kultury w pełni spełniającego nowoczesne wymagi. Przeciwnicy tego pomysłu argumentują, że pieniądze na ten cel są "zaplanowane z sufitu". Nie słychać za to było na sesji niczego o zdjęciu z planowanych inwestycji na rok 2008 budowy nawierzchni na ulicy Klonowej, o czym mowa była wcześniej. Jest to zrozumiałe w perspektywie zbliżających się wyborów na burmistrza. Bardzo niepolitycznie jest powiedzieć ludziom z ulicy Klonowej w Górze, iż jeszcze trochę potaplają się w błotku. Cała argumentacja "rządzącej opozycji" w sprawie budżetu jest rachityczna i pozbawiona jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia. Nie o to tu jednak idzie. Idzie o wybory na burmistrza. Istnienie prowizorim budźetowego jest "rządzącej opozycji" na rękę. Nic się nie będzie robiło, bo... jest prowizorium! Nikt nie wykazał dlaczego ten budżet jest zły, nie przeprowadził logicznej analizy, punkt po punkcie, jego słabych stron. Prowizorium będzie obowiązywało do 31 marca 2008 roku, czyli jak kalkuluje "rządząca opozycja", dnia gdy poznamy już nowego burmistrza Góry. I o to toczy się gra. Dowodem na prawdziwość tej tezy jest postawa liderki "rządzącej opozycji" i jej zwolenników wobec problemu Przedszkola nr 1 w Górze. Podczas sesji radny Jan Kanicki postulował, by przerzucić środki z planowanej budowy Ośrodka Rewalidacyjno - Wychowawczego na remont przedszkola, które znajduje się w fatalnym stanie technicznym. Tak się fatalnie dla radnego Kanickiego złożyło (a przy okazji i dla przedszkola), iż jest on zaliczany do grupy byłych rządzących, toteż wniosek taki nie cieszył się entuzjazmem "rządzącej opozycji". Z drugiej jednak strony: jak przed wyborami głosować przciw? I tu rządząca opozycja stanęła w rozkroku. Jest za, ale nie teraz. Później, później się to załatwi - tak można rzec podsumowując wystąpienie liderki "rządzącej opozycji". Tak samo w sprawie skejtparku. Jesteśmy za, ale później, później... . Na zakończenie sennej sesji ożywienie wniósł przewodniczący Adam Mazur. W prezencie dla radnych, w związku ze zbliżającymi się świętami, zrezygnował z dalszego pełnienia funkcji szefa Rady Miejskiej. I tym mocnym akcentem ostatnia sesja w tym roku dobiegła końca.

niedziela, 16 grudnia 2007

Szczypiorniak w "Arkadii"















17 grudnia o godzinie 17,00
w hali "Arkadia" odbędzie się mecz piłki ręcznej kobiet. W meczu międzynarodowym zmierzą się drużyny "Radnicki - Petrol" Belgrad z zespołem "Interferie" Zagłębie Lubin. Przyjeżdżający do nas ze stolicy Serbii zespól ma ogromne tradycje. Założony został w 1920 roku, kiedy Jugosławia była jeszcze królestwem. Sekcję piłki ręcznej kobiet utworzono w roku 1923. Po wojnie klub stał się "pupilem" ówczesnego dyktatora komunistycznej Jugosławii - Iosipha Broz Tito. Zaowocowało to sukcesami na arenie krajowej i międzynarodowej. "Radnicki - Petrol" 6 razy zdobywał Puchar Europy a 10 razy był w finałach pucharów europejskich.
"Interferie" Zagłębie Lubin (kadra na zdjęciu) jest klubem nie tak utytułowanym. Początki piłki ręcznej w Lubinie sięgają lat 60-tych, a dokładnie 1967 roku. Właśnie wtedy powstała męska sekcja szczypiorniaka, utworzona w Zespole Szkół Górniczych w Lubinie. Do rozgrywek drużyna przystąpiła pod nazwą "Górnik" Lubin. Awans do I ligi (wówczas najwyższa klasa rozrywek) piłkarze ręczni z Lubina, już pod obecną nazwą "Zagłębie", wywalczyli w sezonie 1990/91. Na sukcesy nie trzeba było długo czekać. Już w sezonie 1992/93 lubinianie zdobyli Puchar Polski. Do historii klubu na stałe wpisał się sezon 2006/07. To wtedy Zagłębie, po raz pierwszy w historii piłki ręcznej w Lubinie, sięgnęło po tytuł Mistrza Polski. W rundzie zasadniczej podopieczni Jerzego Szafrańca nie mieli sobie równych. W 22 meczach lubinianie odnieśli aż 19 zwycięstw i tylko trzy razy schodzili z parkietu pokonani.
Taki więc czeka nas wieczór dużych emocji.

piątek, 14 grudnia 2007

"Dolina wygnania"

Burmistrz Tadeusz Wrotkowski utracił mandat. Przynajmniej na ponad 2. lata. "Super wiadomość. Góra wolna od reżimu" - to jeden z nielicznych komentarzy, które pojawiły się w internecie. Bawi mnie ten wpis. Jeżeli dyktatorem jest człowiek, który ma jakąś wizję i realizuje ją bez oglądania się na opinię ludzi wizji pozbawionych, to kim jest miernota przy władzy? Miernota słucha wszystkich, a więc nie słucha nikogo. Tadeusz Wrotkowski, człowiek silnego charakteru i ogromnej wiary w słuszność obranej drogi uda się "w dolinę wygnania". Dante pisał: "Idź swoją drogą, a ludzie niech mówią, co chcą". Wszyscy zacierający ręce z powodu detronizacji burmistrza niech pamiętają, iż wcale nie musi on, jak Dante, pozostawać na wygnaniu wiecznie. Wiktor Hugo, podobnie jak Dante - wygnaniec, umieścił na swoim domu napis tej treści: "Wygnanie jest życiem". Burmistrz, jako były, pozna teraz smak zdrady "przyjaciół", zapomnienia, upokorzenia, którego nie będą szczędzić wrogowie jawni i dotąd ukryci. Zamilknie znaczna część telefonów. Wielu pochlebców przestanie poznawać człowieka i przyśpieszać kroku na jego widok. Nie zabraknie docinków i złośliwości ze strony małych intelektem a wielkich nienawieścią. O taką to "wiedzę" wzbogaci się Tadeusz Wrotkowski, czego mu nie życzę, ale czego nie uniknie. I to jest to życie o jakim pisze Hugo. Mam jednak głębokie przekonanie, że jako człowiek aspirujący do bycia "kimś" w naszej lokalnej polityce, Tadeusz Wrotkowski nie zaprzestanie działalności publicznej. Wierzę, iż jego wiedza i umiejętności oraz niewątpliwe osiągnięcia, predysponują go w sposób naturalny do poszukiwania należnego mu miejsca wśród naszej wspólnoty samorządowej. Mam prawo, bardziej niż inni internauci, napisać te kilka słów o Tadeuszu Wrotkowskim z jednego zasadniczego powodu. Przez długi okres czasu byłem zaciekłym oponentem poczynań Tadeusza Wrotkowskiego, jako burmistrza. Głosiłem to publicznie i podpisywałem się pod tym. Nie potępiałem wszystkich jego działań, bo potrafię zachować umiar i rozsądek w sprawach dotyczących dobra publicznego. Pisałem wówczas zgodnie z sumieniem i przekonaniami. Dzisiaj muszę, by być w zgodzie z tymi samymi zasadami, powiedzieć Tadeuszowi Wrotkowskiemu, byłemu burmistrzowi Góry: dziękuję za to co Pan zrobił dla miasta. Niech Pan pamięta, że obiektywnie oceni Pana Historia. Oceny "na gorąco", to tylko publicystyka.

czwartek, 13 grudnia 2007

"A kiedy przyjdą nocą..."








W samo południe odbyła się na górowskim rynku uroczystość złożenia kwiatów pod Pomnikiem Wolności, której celem było przypomnienie wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. W skromnej uroczystości wzięły udział delegacje "Solidarności", "Prawa i Sprawiedliwości", władz samorządowych, szkół i przedszkola. Uroczystość miała bardzo skromny, wręcz ascetyczny charakter. Brakowało jakiejkolwiek elementów uświetniających tę doniosłą chwilę np. odegrania hymnu państwowego, dźwięku werbli, pocztów sztandarowych, dźwięku syren alarmowych. Ceremonia złożenia kwiatów trwała ok. 10 minut i nie wiem jak wielu górowian zwróciło na nią uwagę. Odnoszę wrażenie, że tegoroczna rocznica wprowadzenia stanu wojennego obchodzona była "po łebkach". Z osób internowanych pamiętnej nocy było trzech na pięciu internowanych tej pamiętnej nocy 1981 r. Szkoda, że organizatorzy nie zadbali o duchowy wymiar obchodów. Brakowało mi modlitwy w intencji tych, którzy na skutek stanu wojennego stracili życie. Zaszokowała mnie nieobecność przedstawicieli Platformy Obywatelskiej. Swój moralny nakaz wypełnili delegaci PiS z Markiem Hołtrą - kandydatem na burmistrza - na czele. Miejmy nadzieję, że za rok uroczystość ta będzie lśniła blaskiem, na jaki zasługuje.

Rozmowa niekontrolowana

Idąc wczoraj ulicą Mickiewicza spoglądnąłem w stronę okien gabinetu burmistrza Tadeusza Wrotkowskiego. Spostrzegłem palące się w nim światła. Cóż - pomyślałem sobie - trzeba zobaczyć co się dzieje, bo jak każdy wie sprawy samorządowe bliskie są mojemu sercu (na polityce się nie znam). Wkroczyłem tedy w progi magistratu udając się do sekretariatu burmistrza celem zasięgnięcia informacji u samego źródła. Ku mojemu niepomiernemu zdziwieniu okazało się, że burmistrz jest obecny. Więcej! Okazało się również, iż jest gotów mnie przyjąć! Czemu nie? - pomyślałem. Zobaczę jak czuje się człowiek, który ostatnio jest na ustach wszystkich. Wszedłem do burmistrza, który przywitał mnie ciepłym uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. I już na pierwszy rzut oka wiedziałem, że mam przed sobą okaz zdrowia (fizycznego) a podczas rozmowy przekonałem się, że również psychicznego. Żadnych objawów załamania, zmęczenia, znużenia. Ani śladu! Siedzę więc, czekam na kawę, burmistrz rozmawia z kimś przez telefon, a ja myślę, o czym to my właściwie będziemy rozmawiać. Wiadomo - ja się wprosiłem, to i ja powód wizyty podać muszę. Z drugiej strony nie wypada też tak od razu z grubej rury walić. Delikatnością się trzeba wykazać, bo na chama wyjść można. Rozmowę rozpoczął burmistrz, który objaśnił mi zawiłości swojego położenia pod względem prawnym. O tym pisał nie będę, bo Państwa to nie interesuje. Jak już pierwsze "koty za płoty" poszły, rozpoczęliśmy normalną rozmowę o tym, co mnie najbardziej interesuje, czyli samorządach. Zapytałem burmistrza o jego zdanie na temat tego, co dzieje się w samorządzie gminnym. Burmistrz odpowiedział logicznym wykładem, którego sens można sprowadzić do stwierdzenia, iż widmo krąży po radzie miejskiej. Komunizmu? - pomyślałem. Widmo szaleństwa krąży po radzie miejskiej - dopowiedział mój gospodarz. Radę opuścił duch twórczej pracy a zastąpił go dżin demagogii. Niektórzy z radnych z takim utęsknieniem oczekują jego odejścia i rychłych wyborów, że z kalendarzy powyrywali już kartki do przodu, by datę tą jak najbardziej przybliżyć (tu muszę zastrzec, iż słowa te nie zostały wypowiedziane przez burmistrza, bo posługuje się on bardziej wyrafinowanym językiem - ja przełożyłem je tylko na język potoczny). Z zaciekawieniem zapytałem, którzy to radni. I wiecie Państwo, że burmistrz mi odpowiedział. Rany boskie! Jaką głęboką wiedzę ma nasz burmistrz na temat naszych miejskich radnych! Ile on o nich wie! Zna on ich marzenia, pragnienia, nadzieje i oczekiwania. A mają oni ich mnóstwo! A to podatek umorzyć, a to pracę dla członka rodziny załatwić, to znowu działkę tanio kupić. No mówię Państwu, istny szok przeżyłem! Nawet nie przypuszczałem, że sesje i prace w komisjach, to tylko ułamek działalności naszych radnych. Naprawdę - powiadam wam - zapracowani są oni. Tak naprawdę istnieje inne, tajne życie polityczne radnych, które często bywa ma nawet cztery wymiary. Ile ja się dowiedziałem!
I tak sobie rozmawialiśmy, rozmawiali i nawet nie wiem jak minęła godzina (z okładem) naszej rozmowy. Burmistrz pytał mnie o moją opinię na temat samorządu powiatowego. Lekko nie jest - stwierdziłem lakonicznie, pragnąc szybko opuścić pole polityki, na której się przecież nie znam. Nie wypadało mi jednak odmówić gospodarzowi, który tak hojnie podzielił się ze mną wiedzą. Powiedziałem wszystko, co wiedziałem na ten temat a wiem przede wszystkim z gazet. Burmistrz słuchał mnie z dużą uwagą, nieraz wybuchał śmiechem (nie wiedziałem, że o naszym samorządzie powiatowym piszą śmieszne teksty w gazetach, ale ja chyba nie mam poczucia humoru), albo rzucał gniewne uwagi typu: "niesamowite!", "straszne!" lub pytanie "naprawdę?!" (o co mu chodził? czyżby prasa kłamała?). Tę miłą pogawędkę przerwała nam bardzo ładna pani sekretarka, która przypomniała burmistrzowi, iż ma jakieś zebranie. Podziękowałem burmistrzowi za jego cenny czas, który mi poświęcił i opuściłem, syty wiedzy, gościnne progi ratusza.
Acha! Przypomniało mi się jeszcze, że jak burmistrz odprowadzał mnie do drzwi, to spytał mnie się czy nie chciałbym napisać np. historii samorządu gminnego, ale takiej od kuchni, gdzie czytelnik dowiaduje się, kto i co gotował. Obiecaliśmy też sobie, że się zdzwonimy, jakbym się zdecydował. I tak sobie myślę, że chyba mnie burmistrz twórczo zainspirował. A co sądzicie o tym Państwo?

poniedziałek, 10 grudnia 2007

Bojowe pienie opozycji


Trwa festiwal totalnej negacji wszystkiego przez opozycję w Radzie Miasta i Gminy Góra. 5 grudnia 2007 roku posiedzenie Komisji Budżetu i Finansów przerodziło się w operę buffo, a dokładniej mówiąc w beztroską buffonata. Komisja, która liczy 17 członków (tylu aż mamy znawców problematyki finansów samorządowych w naszej radzie) miała podczas posiedzenia przyjąć projekt budżetu na 2008 rok. Z zapisków poczynionych podczas posiedzenia komisji wynika, iż nie stała się ona areną wymiany poglądów na kwestie budżetowe, forum wymiany myśli, licytowania się pomysłami na optymalne rozwiązania budżetowe służące naszej lokalnej społeczności. Do projektu budżetu wniesiono dwie poprawki. Jan Kanicki zaproponował przeniesienie środków w kwocie 1 mln. złotych z Ośrodka Rewalidacji na remont Przedszkola nr 1. W głosowaniu nad tą poprawką za głosowało 4 radnych, 2 - przeciw, a 5 się wstrzymało. Propozycję zmiany w budżecie zgłosił również radny Zygmunt Iciek. Zaproponował on, aby ze środków przeznaczonych na inwestycje (budowa drogi ul. Klonowa)przenieść 350 tyś., zł z przeznaczeniem ich na potrzeby SP ZOZ w Górze. W głosowaniu 2. radnych było za, 1. przeciw, a 9. się wstrzymało. Przytąpiono do przegłosowania budżetu wraz z zaproponowanymi poprawkami. Wynik głosowania był następujący: za budżetem - 5, przeciw - 9, wstrzymujący - 1. Dla oddania sprawiedliwości opozycji należy stwierdzić, iż nawet nie strała się uzasadnić motywów swojego negatywnego staosunku do budżetu. Motyw jest tak prozaiczny, że aż śmieszny. Tego dnia (5 grudnia) nasza kochana opozycja nie znała jeszcze wyniku rozprawy w sprawie Tadeusza Wrotkowskiego. Sądziła, że strzela gola burmistrzowi pozostając w beztroskiej nieświadomości, że na boisku jest już tylko jedna bramka. Bramka opozycji! Szkoleniowy samobój - można rzec. Przy okazji jednak wychodzi szydło z worka, czyli potwierdza się to o czym pisałem wcześniej. Opozycja i jej liderka - Irena Krzyszkiewicz - nie mają programu. Chyba, że za program uważać będziemy kwestionowanie konieczności remontu przedszkola, które jest w fatalnym stanie technicznym. Dzieci mają jednak pecha, bo nie przysługuje im prawo głosu. I tak to Komisja Budżetu i Finansów okazała miałkość opozycji aspirującej do wystawienia swojego kandydata w wyborach na burmistrza. Cała sytuacja przypomina bajkę XBW:
Nie sztuka zabić, dobrze zabić sztuka -
Z bajki nauka.
Szedł chłop na jarmark, ciągnąc cielę na powrozie.
W lesie, w wąwozie,
W nocy burza napadła, a gdy wiatry świszczą,
Wśród ciemności postrzegł wilka po oczach, co błyszczą.
Więc do pałki; jak jął machać nie myślawszy wiele,
Zamiast wilka, który uciekł, zabił swoje cielę.

niedziela, 9 grudnia 2007

Nowe szaty króla

Po 1837 dniach pełnienia funkcji burmistrza Tadeusz Wrotkowski odchodzi. Na internetowych forach pojawiły się głosy potępiające w czambuł dotychczasowego burmistrza (wpisy o takim wydźwięku dominują). Nieśmiałe są natomiast głosy broniące burmistrza. Prawda, jak to zwykle bywa,leży pośrodku. Odchodzi człowiek, który wyrwał miasto z inwestycyjnego zastoju. Przypomnijmy sobie naszą gminę i miasto przed nastaniem Tadeusza Wrotkowskiego. Zerowy poziom inwestycji. Rada Gminy rozpolitykowana i dbająca przede wszystkim o swoje partyjne interesy. Istniały koterie, których głównym celem była realizacja własnych interesów. Każdy z burmistrzów był zakładnikiem tych grup interesów i ulegał im za cenę trwania na fotelu. Były to czasy uzależnienia burmistrza od Zarządu Gminy, który mógł w każdej chwili go odwołać. Była to sytuacja niezdrowa. Tadeusz Wrotkowski został pierwszym burmistrzem, którego wyboru dokonali mieszkańcy gminy Góra a nie wąska grupa radnych. To dało mu niezwykle silną pozycję. I potrafił to wykorzystać. Na dzień dobry uniezależnił się od Władysława Stanisławskiego i Eugeniusza Stankiewicza, którzy jak pamiętamy forowali go na stanowisko burmistrza w 2002 roku.
Okazało się z perspektywy czasu, iż wyszło to burmistrzowi "na zdrowie". Szybko przekonano się, że burmistrz nie foruje żadnej koterii, nie faworyzuje żadnej grupy a buduje własny obóz zwolenników opierając się na niedocenianych, i często lekceważonych, środowiskach wiejskich. "Zasłużeni i wielce czcigodni" poszli u Tadeusza Wrotkowskiego w przysłowiowy "kąt". I trzeba przyznać, że polityka ta przyniosła efekt w postaci reelekcji w 2006 roku. Pamiętać należy, że był to ogromny sukces zważywszy na fakt, iż już wówczas toczyła się rozprawa związana z rewitalizacją rynku. Obecni krytycy burmistrza jakoś przemilczają ten fakt.A wniosek jest prosty: 3200 wyborców nie uważało sprawy rewitalizacji rynku za powód do nieoddania głosu na dotychczasowego burmistrza. Wśród wielu zarzutów kierowanych pod adresem byłego burmistrza często spotyka się pretensję o niedemokratyczny styl działania. Zapomina się przy tym, iż ustawa o bezpośrednim wyborze burmistrza zawęża w znaczny sposób rolę Rady Gminy i ceduje większość uprawnień, i równocześnie odpowiedzialności, na burmistrza. Zauważyłem, że większość tych zarzutów pochodzi właśnie od radnych, którzy tak naprawdę za nic nie odpowiadają. Krytyka ta wynika również z faktu, że bardzo często burmistrz Tadeusz Wrotkowski nie uwzględniał ich prywatnych interesów. Faktem jest również, że burmistrz Tadeusz Wrotkowski ma silną osobowość, która zdecydowanie zdominowała Radę Gminy. Tyle że nie jest to zarzut w stosunku do niego, a przytyk dla radnych. Był tak silny dlatego, że Rada Gminy była bardzo słaba. Tak naprawdę w Radzie Gminy nie ma osoby o tak silnym charakterze. Opozycja jest nielogiczna i opiera się na totalnej negacji poczynań burmistrza a nie na logice budowania w opozycji do burmistrza. Mówiąc inaczej: Tadeusz Wrotkowski miał pomysł na rządzenie a opozycja nie miała pomysłu na kontrowanie burmistrza. Zresztą uaktywniła się ona dopiero w chwili, gdy pozycja burmistrza została zachwiana na skutek wyroku sądowego. Wcześniej rzadko podskakiwała.
Odejście burmistrza Tadeusza Wrotkowskiego nie jest końcem jego politycznej kariery. Mylą się wszyscy, którzy tak sądzą. Myślę, że Tadeusz Wrotkowski ma do odegrania jeszcze znaczącą rolę w górowskiej polityce. W zbliżających się wyborach na burmistrza największe szanse ma ten, kto zdobędzie poparcie jego elektoratu. Zdobycie tego poparcia jest niemożliwe bez udziału Tadeusza Wrotkowskiego. Fałszywe jest więc hasło: "Umarł król, niech żyje król!" Króla zdetronizowano, ale on nie abdykował.

środa, 5 grudnia 2007

Promocyjna dezinformacja

Poniżej pisałem o finansowaniu "Życia Powiatu" przez Starostwo Powiatowe w Górze. Mogą tam Państwo przeczytać ocenę Zarządu Powiatu dotyczącą promocji. Sposób w jaki w "Życiu Powiatu" promuje się nasz powiat oceniony został negatywnie. Ocena ta jest prawidlowa. Dziwi tylko fakt, iż Zarząd upiera się, by połacić jeszcze przez trzy miesiące za coś czego nie otrzymuje. Oto przykład "promocji", który zaczerpnąłem z najnowszego numeru tego czasopisma. Na stronie drugiej znajduje się informacja o meczu siatkówki, który odbył się: "9 listopada 2007 r., w hali Ośrodka Kultury fizycznej w Górze". Według autora tekstu zdjęcie przedstawia drużyny siatkarskie z Ośrodka i Kopalni Gazu Ziemnego z Ośrodka Kopalń (?) w Górze oraz drużynę z Ośrodka kopalń w Grodzisku Wielkp. Okazuje sie jednak, że opis zamieszczony pod zdjęciem nijak nie ma się do zawartości zdjęcia. Zdjęcie wykonane zostało nie 9 listopada, ale 21. Wykonane zostało nie na terenie hali Ośrodka Sportu i Rekreacji w Górze, ale w hali "Arkadia". Przedstawieni na zdjęciu zawodnicy nie są z żadnych Ośrodków Kopalń Gazu! Są to zawodnicy klubów siatkarskich "Gwardia" Wrocław oraz "Klubu Siatkarskiego" Poznań. Dnia 21 listopada drużyny te spotkały się w hali "Arkadia" tocząc z sobą pojedynek, o czym pisałem na blogu. Zdjęcie obu drużyn, niemal identyczne z tym, które umieszczone jest w "Życiu Powiatu" zaprezentowałem również wówczas i dla przypomnienia zamieszczam obecnie. I jak tu szanowni Państwo nie podziwiać naszego kochanego Zarządu, który doszedł do wniosku, iż promocja w "Życiu Powiatu" jest marna? Jak nie podziwiać członków Zarządu, którzy uparli się, by jeszcze przez 3 miesiące zmagać się z tą marnością? Za pieniądze podatników, rzecz jasna. Z drugiej strony należy przyznać, że nikt tak jak członkowie Zarządu nie promują powiatu. Oni to, w pocie czoła i trudzie szarych komórek, dają mi niczym nieograniczone pole do pisania na blogu. Im to zawdzięczam swoje istnienie!
Niech żyje i umacnia się Zarząd Powiatu w obecnym składzie! Niech trwa wiecznie! Nasz Zarząd, podobnie jak kiedyś Lenin - wiecznie żywy! Wybrani na skutek tragicznej pomyłki wyborców - łączcie się i trzymajcie kupy! Kupy nikt nie ruszy!

niedziela, 2 grudnia 2007

Robienie w konia

Sądziłem, iż o "aferze gazetowej", czyli finansowaniu niezarejestrowanych w sądzie gazet ("Życie Powiatu" i "Biuletyn Regionalny"), będę pisał dopiero z okazji wyroków, które bez wątpienia zapadną w tej sprawie. Podczas sesji 16 października 2007 r., starościna mówiła: "za obopólnym porozumieniem zrezygnowaliśmy z wydawania naszych stron w Biuletynie Regionalnym. Nie rozmawialiśmy jeszcze z Pawłem Wróblewskim jeśli chodzi o publikacje w Życiu Powiatu".
W sprawie tej zabrał głos również Przewodniczący Rady Powiatu Władysław Stanisławski mówiąc: "ja jednak bym prosił panią starostę o powiadomienie komisji rewizyjnej na piśmie. Ja zwracam się do pani starosty by na drodze porozumienia z Grafii [firma drukująca oba czasopisma] rozwiązać umowę bez wypowiedzenia tylko natychmiast. Rozumiem też, że zarząd zajmie się rozpatrzeniem i zasadnością umieszczania wkładki w Życiu Powiatu". Przewodniczącemu odpowiedziała starościna Beata Pona: "Tak już uczyniliśmy".
Okazuje się jednak, iż tak nie uczyniono w przypadku Życia Powiatu". Oto fragment z posiedzenia Zarządu Powiatu z dnia 14 listopada2007 r.: "Członkowie Zarządu rozpatrywali kwestię dalszej współpracy w zakresie wydawania czasopisma Życie Powiatu. Wydawca czasopisma korzysta z materiałów przekazywanych przez Wydział Rozwoju Gospodarczego i Promocji. Należy ocenić, iż promocja powiatu górowskiego jak winna być w tym czasopiśmie jest promocją słabą. Współpraca z wydawcą jest znikoma, stąd też należy się zastanowić nad jej kontynuacją. Zgłoszony został wniosek w sprawie wypowiedzenia umowy dotyczącej dofinansowania wydawnictwa Życie Powiatu. Okres wypowiedzenia wynosi 3 miesiące, wypowiedzenie umowy winno być dokonane z dniem 30 listopada 2007 r". Za - głosowało 4 członków Zarządu. W rezultacie postanowiono wypowiedzieć umowę. Proszę raz jeszcze zwrócić uwagę na daty: sesja odbyła się 16 października a Zarząd Powiatu podjął decyzję (o ile można to nazwać decyzją) dopiero 14 listopada, chociaż jego posiedzenia odbywają się raz w tygodniu. To wskazuje na "głęboką troskę" o finanse samorządu powiatowego. A zresztą co tam! Jak zabraknie, to się kredycik zaciągnie! Rada tradycyjnie się zgodzi. Po to w końcu jest!
Jak Państwo widzicie ciężko jakoś naszemu kochanemu Zarządowi jest rozwieść się z "Życiem Powiatu". Radnych wprowadza się publicznie, na sesji, w błąd, że już się czasopisma nie finansuje. Okazuje się, że jednak nadal się finansuje. Potem okazuje się, że promocja jest słaba, wydawca nie wywiązuje się z umowy w ogóle jest lipa. I tę lipę jeszcze będzie się z pieniędzy podatnika finansować przez 3 miesiące! A czy ja w sierpniu, publicznie na sesji, nie mówiłem, że lipa? Proszę sobie policzyć ile samorządowej, a więc naszej kasy poszło na "Życie powiatu" przez te 5 miesięcy: 5 razy 1340 zł = 6700 zł. Dodajmy jeszcze 3 miesiące i mamy 10.720 zł., wyrzucone w błoto. To jest dwa razy więcej niż pieniądze przeznaczone na zakup książek do Biblioteki Pedagogicznej, z której korzysta ok. 1000 czytelników. Ale co to obchodzi Zarząd? Oni wszystko wiedzą, im czytanie książek, korzystanie z bibliotek absolutnie niepotrzebne. Mądrość swą nabyli wraz z wyborem na funkcję. I już sam fakt wyboru oświecił ich do tego stopnia, iż czytać niczego nie potrzebują. Z definicji są oświeceni. I dlatego mamy jak mamy.
Pragnę tylko przypomnieć Państwu, iż oba czasopisma były wydawane nielegalnie. Nie były zarejestrowane w sądzie. Z "Życiem Powiatu" umowę zawarto 18 lipca 2005 r. I od tego czasu było ono finansowane przez samorząd powiatowy. Nikt nie sprawdził i nikt nie zażądał od wydawcy wyciągu z właściwego sądu, który świadczyłby o prawie tych czasopism do zawierania umów. Jakim więc cudem obowiązuje wobec "Życia Powiatu" 3 miesięczny okres wypowiedzenia? Od kiedy to umowa z podmiotem, który w myśl prawa nie istnieje, jest ważna pod względem prawnym?
I już nie wiem, kto z kogo robi tu konia. Starościna Beata Pona z Przewodniczącego Rady Powiatu Władysława Stanisławskiego i radnych? Czy też Przewodniczący Rady Powiatu wraz ze starościną Beatą Poną grają w tej tandetnej orkiestrze wspólnie (kto dyryguje?)? Wiem na pewno, że robi się na "szaro" nas, członków wspólnoty samorządowej i swoich wyborców.

piątek, 30 listopada 2007

Dwa klucze i wytrych

Polityka uprawiana w powiecie ma w sobie coś angielskiego. Tym czymś jest przysłowiowa "angielska mgła", która ją spowija. Wiadomą powszechnie rzeczą jest to, iż starościna panuje, ale nie rządzi. Nie w Starostwie Powiatowym znajduje się centrum decyzyjne. Tylko pozornie radni o czymkolwiek decydują. Ich rolą jest po prostu akceptacja decyzji powziętych poza gmachem Starostwa i bez ich udziału. Kto więc decyduje o losach powiatu?
Dla ludzi cokolwiek wtajemniczonych w kulisy górowskiej polityki sprawa jest bardzo jasna. Istnieją dwa ośrodki, w których spoczywa realna i namacalna władza. Pierwszym z tych ośrodków jest Liceum Ogólnokształcące w Górze. Dla nikogo z wtajemniczonych nie jest tajemnicą, iż znajduje się tam jeden z dwóch kluczy do zmian w powiecie. Irena Krzyszkiewicz nie będąc radną powiatową ma wpływa na poczynania Rady Powiatu poprzez radnych, którzy są jej zwolennikami. W piętnastoosobowej Radzie Powiatu ma ona trzech radnych, którzy wykonują ściśle jej polecenia. Celem nadrzędnym Ireny Krzyszkiewicz jest zdobycie fotela burmistrza Góry w wyborach, które jak ma nadzieję, odbędą się w ciągu 2 - 3 miesięcy.
Drugim kluczem dysponuje Władysław Stanisławski, który zasiada w Radzie Powiatu i jest jej przewodniczącym. To on popiera istniejący układ razem z Ireną Krzyszkiewicz, która w zamian oczekuje poparcia Władysława Stanisławskiego w wyborach na burmistrza. Władysław Stanisławski nie ma ambicji zostania burmistrzem, co zbliża go do Ireny Krzyszkiewicz. W zamian Irena Krzyszkiewicz gwarantuje przeżycie koalicji w powiecie, która jest autorskim projektem Władysława Stanisławskiego. W ten sposób żadana ze stron nie jest zainteresowana zmianami w Starostwie Powiatowym. Więcej, każda ze stron chce zachować tam status quo.
Opozycja, która z przeraźliwą jasnością widzi nieefektywność dotychczasowych rządów i ich jałowość rośnie w siłę. Niezadowolonych z dotychczasowego układu i sposobu sprawowania rządów jest wielu. Następuje więc proces dezintegracji obozu rządzącego, ale również próby przyciągnięcia części opozycji na swoją stronę. Wczoraj zaproponowano radnemu Markowi Hołtrze rozważenie możliwości zostania etatowym członkiem Zarządu Powiatu. Ofertę taką złożyła radnemu Kazimierzowi Boguckiemu, nie będąca radną powiatową, Irena Krzyszkiewicz. Radny Marek Hołtra z niej nie skorzystał. Szafowanie etatami opłacanymi z pieniędzy publicznych, a więc nas wszystkich, nie jest niczym nowym. Jest to jednak, jak na razie, skuteczna metoda utrzymnia się u władzy w Starostwie obecnej ekipy. Władza pokazuje, że z opinią publiczną kompletnie się nie liczy.
Mamy więc sytuację, w ktorej ambicje Ireny Krzyszkiewicz (mocno na wyrost moim zdaniem, ale o tym kiedy indziej) oraz niemożność przyznania się do politycznego błędu przez Władysława Stanisławskiego powodują, iż nasz powiat pozostaje w maraźmie gospodarczym. Omija nas wielka fala unijnych funduszy (co jest zbrodnią!), bo rządząca ekipa nie ma żadnych planów rozwoju. Żyjemy na kredyt i wszystko wskazuje, że zadłużenie powiatu będzie się zwiększało. Być może i na naszym podwórku zaświeci słoneczko, tyle że bez udziału dwóch wyżej wymienionych. Ale, aby to zmienić potrzebny jest wytrych i wymiana zamka.

W naszym kurniku


Spotkałem dzisiaj rano znajomego. Nie widzieliśmy się od czasów wojny japońsko - rosyjskiej w 1905 roku. Myślałem, że wyemigrował do cieplejszych krajów, bo papugi (a mój przyjaciel jest papugą) wolą spędzać zimę w klimatach bardziej przyjaznych dla nich niż nasz zimowy. Okazało się jednak, że Delator, bo takie nosi imię mój kumpel, postanowił pozostać w kraju. Fakt, że przygotował się do zimy. Czpeczka, szaliczek, futerko z lisów, pazurowiczki ze skóry aligatora. Kreacja od Armaniego - szyk, wdzięk, elegancja. Przywitaliśmy się ciepło, powspominaliśmy czasy gdy obaj bawiliśmy się znakomicie, ponarzekaliśmy na zdrowie (latka lecą!), po czym zapaliliśmy po skręcie i pogrążyli w milczeniu rozpamiętując dni chmurne i durne. Milczenie przerwał Delator mówiąc, że ma ciekawą historyjkę do opowiedzenia. Sądziłem, że będzie to coś z jego wojaży, bo światowy to ptak, i z pięć razy glob nasz obleciał. A on mi taką opowieść zaserwował, którą przytaczam na gorąco i bez żadnych skrótów.
"Siedzę sobie wczorajszego popołudnia na parapecie okna pewnego ogromnego gmachu. Jednym okiem obcinam okolicę a drugim zaglądam do okna. Czujny muszę być, bo wiesz jak jest. Na tym budynku takie coś jest, co tik - tak, tik - tak, tik - tak robi. Patrzę sobie za szybę a tam siedzą takie dwa ludzkie ptaki. Jeden to samica upierzona na żółto, która bardzo dystyngowaną kokoszkę mi przypominała. A drugi to samiec, ale bez upierzenia. Wyobraź sobie, że wyglądał jak kurczak, któremu udało się uciec tuż przed nadzianiem na rożno. Więc siedzą sobie, gdakają, gdakają, gdakają. Ten nieopierzony to raczej mało gdakał, ale bez przerwy gdakała ta żółta kokoszka. Nieopierzony kurczak tylko przytakiwał. Potem przyszedł taki jeden całkiem siwy, ale czaplą to on raczej nie był. Z orła coś miał w sobie. Za chwilę przyszedł drugi, też siwy, ale sokoła mi przypominał. Tak będę ich określał w swojej opowieści, byś pojął kto i co mówił. Nadstawaiłem więc ucha, bo wiesz, że z tego żyję. Rozmawiali o waszym powiatowym kurniku. Sokołopodobny perorował, że w kurniku dzieje się źle. Protekcja, oszustwo, brak postępu, lecznica zaniedbana, zadłużenie kurniak wzrasta, ptaszęta emigrują w poszukiwaniu lepszych zamorskich kurników, miejscowy kurnik się nie rozwija a zwija. Potrzebne są zmiany na stanowiskach w poszczególnych gniazdach. Głównie chodzi o szefową kurnika powiatowego i jej zastępcę, którzy poza gdakaniem i pobieraniem wysokich poborów niczego pozytywnego do życia tego kurnika nie wnoszą. Żólta kokoszka słuchała, słuchała i ani nie zaprzeczała, ani też nie potakiwała. Gdy sokołopodobny skończył zaczęła gdakać żółta kokoszka. Prawiła o zbliżających sie wyborach do miejskiego kurnika. Mówiła, że ona chce postąpić grzędę wyżej, bo jest okazja. A jak jest okazja, to dlaczego ma ona z niej nie skorzystać? W tym gnieździe ona już skrzydeł rozwinąć nie może, bo miejsca mało, a jej wyfrunięcie w wielki świat się należy. Ona chce być nadkokoszą w kurniku miejskim, bo ma po temu wszelkie niezbędne przymioty: urodę, umiejętność przelewania z pustego w próżne, starannie wystudiowany uśmiech i poparcie licznych dziobów. Jeżeli chodzi o kurnik powiatowy - gdakała dalej - to należy poczekać ze zmianami do czasu wybrania jej na nadkokoszę. Ostrzegła sokołopodobnego przed wystawianiem własnego kandydata w zbliżających się wyborach. Dała do zrozumienia, że gdyby taki wystartował, to ona go zadziobie. Jeżeli natomiast chodzi o zmiany w kurniku powiatowym, to na razie nic z tego. Owszem, gdakała, można dokoptować kogoś od sokołopodobnego do zarządu kurnika w charakterze etatowego członka, za którą to funkcję będzie pobierał on dużą ilość ziarna na koszt kurnika powiatowego. Poważniejsze zmiany będą mogły nastąpić gdy ona zostanie nadkokoszą. Wówczas, jak jasno wynikało z jej gdakania, można będzie rządzących dotąd kurnikiem powiatowym - samicę i samca - spuścić z zajmowanych stanowisk, bo jej już do niczego nie będą potrzebni. Sokołopodobny zaproponował, by zmian jednak dokonać jak najszybciej. Na szefa kurnika powiatowego zaproponował nieopierzonego kurczaka. Ten poczerwieniał i powiedział, że on nie chce być powiatowym nadkurnikowym. Wystraszony gdakał, że on nie będzie spijał tego piwa, którzy inni nawarzyli. A co będzie - pytał - jak ptaki dziobiące ciężko na ziarno w lecznicy przyjdą wywieźć go na taczce? Po co mu to? Przypomniał, że on jest kurczak, a te należą do nielotów. Ponadto rola ptaków z jego gniazda, to bycie Podnóżkiem Osobistym tejże kokoszki. I ani on, ani inne ptaszęta żadnych osobistych ambicji nie mają. A dla kokoszki to nawet na rożno pójść są gotowi i taką ofiarę są w każdej chwili ponieść. Kokosza mu przytakiwała, co wyrażnie zdenerowowało orłopodobnego, który powiedział, że i tak cały kurnik wie od kogo zależy, by było lepiej. Powiatowe ptactwo głupie nie jest i w razie ptasich niepokojów może słusznie oskarżyć kokoszkę, że to ona przeszkadzała w dokonaniu zmian na lepsze. Kokoszka się zdenerowowała i powiedziała, że nic jej to nie obchodzi. Ptactwo pokłapie dziobami, pokłapie i zapomni. Najważniejsze jest, aby ona została nadkokoszą, bo w obecnym gnieździe nie może się rozwijać, błyszczeć, rządzić i robić za pawicolwicę. A to jest jej cel nadrzędny. Sokołopodobny z orłopodobnym podziękowali więc i wyszli. Straciłem ich z oczu. Wyszli po chwili z gniazda kokoszy. Na zmartwionych nie wyglądali. Patrzyli na siebie z jakimiś takimi dziwnymi uśmiechami. Usłyszałem tylko, jak któryś z nich powiedział, że kokosza zostanie nadkokoszą miejskiego kurnika, jak dwie niedziele zejdą się do kupy. O co im chodziło - kończył swoją opowieść Delator - pojęcia nie mam".
Po skończeniu opowieści mój przyjaciel pożegnał się ze mną wylewnie zapewniając mnie, że wkrótce się odezwie. A ja zostałem sam na sam z rozmyślaniami nad tym kto jest kim w tej opowieści mojego przyjaciela Delatora. Może Państwo mi pomogą rozikłać tę zagadkę?

sobota, 24 listopada 2007

Czy leci z nami pilot?

Za kilka dni będziemy mieli małą rocznicę. Jedni będą otwierali butelki szampana, drudzy pukali się w głowę a reszta powie "a ja mam to w ....". 28 listopada minie rok od czasu, gdy Władysław Stanisławski zmontował koalicję rządzącą powiatem. Czas pokazał, iż koalicjanci dobierani byli nie pod kątem fachowego sprawowania władzy, a co za tym idzie kompetencji, wiedzy, pomysłów, ale pod kątem bierności, mierności i gwarantowanej wierności koncepcji politycznej, którą rzekomo posiadał Władysław Stanisławski. Dzisiaj po roku sprawowania władzy widać to bardzo wyraźnie.
Widać, iż nie ma pomysłu na rządzenie powiatem. Jest administrowanie, zaciąganie kredytów, obsadzanie "znajomymi króliczków" stanowisk, jest afera z finansowaniem nielegalnych gazet, nierozwiązana sprawa wysypiska oraz wciąż rosnący problem SP ZOZ.
Każdy kto przychodzi na sesję Rady Powiatu (a nieliczni to robią, niestety) może zaobserwować również arogancję tej władzy. Odpowiedzi na interpelacje i zapytana radnych - oraz np. moje - to popis bylejakości, odbiegania od tematu, niedopowiedzeń albo wręcz kpin w żywe oczy. Rażącym przykładem arogancji tej koalicji jest przykład SP ZOZ. Planowano oddłużenie SP ZOZ przy udziale gmin wchodzących w skład powiatu górowskiego. Tyle że ktoś zapomniał, iż najpierw należy z władzami tych gmin porozmawiać. Nikt z przedstawicieli samorządu powiatowego nie "wprosił" się na sesję do Jemielna, Niechlowa i Wąsosza, by tam prowadzić lobbing w tej sprawie. wyjaśniać, perswadować i namawiać. Ktoś wyszedł z założenia, że szefów tych gmin można postawić pod pręgierzem górowskiej opinii publicznej podczas spotkania w kinie i to zadziała. Nie ulegli, bo dla dobra swoich samorządów ulec nie mogli. Żądano od nich pieniędzy, bez dania im jakiegokolwiek instrumentu kontroli nad ich wydawaniem. Absurd ten uznano za coś naturalnego i samorządowi powiatowemu należnemu.
Bylejakość tej koalicji spowodowana jest też porażającym wprost brakiem zaangażowania znakomitej części jej radnych. Radni koalicyjni wychodzą bowiem z założenia, iż jakakolwiek krytyka poczynań koalicji jest zdradą. A zresztą jak dowodzą tego ostatnie wydarzenia wielu z nich ma własne interesy do załatwienia. Proszę zauważyć, jak wierność własnym komitetom wyborczym, powoduje nielojalność wobec nas, wyborców. A należy przypomnieć, iż to nie komitety wyborcze ich wybrały. Przyjrzyjcie się Państwo protokołom z posiedzeń poszczególnych komisji Rady Powiatu (www.powiatgora.pl). Porównajcie daty spotkań tych komisji z datami sesji. Spotykają się dzień, dwa przed sesją i zawsze akceptują materiały. To, że akceptują, niczym złym nie jest. Ale poszukajcie tam śladów jakichkolwiek dyskusji, sporów, wymiany myśli, pomysłów. Próżno szukać! Idą więc radni po najmniejszej linii oporu a wielu z nich nawet nie wie za czym głosuje.
Napisałem, że koalicja sprawująca władzę administruje powiatem. I taka jest prawda. W roku 2000 ówczesna Rada Powiatu uchwaliła "Strategię zrównoważonego rozwoju powiatu górowskiego". Chcąc dowiedzieć się, jak przebiega jej realizacja zwróciłem się z pismem do osoby, która faktycznie sprawuje władzę - Władysława Stanisławskiego. W odpowiedzi otrzymałem pismo, w którym nastąpił wyraźny przerost formy nad treścią. Przewodniczący odpisał mi na 1/5 interesujących mnie spraw. Jest to pismo charakteryzujące się dużą ilością słów i minimalną treścią, z którego można wyciągnąć prosty wniosek: strategia nie jest realizowana, chociaż nikt nie uchylił uchwały Rady Powiatu z 2000 r., która nakazywała jej realizację.
Powołując na stanowisko wicestarosty Tadeusza Bireckiego przewodniczący Władysław Stanisławski twierdził, iż jest on potrzebny, gdyż zna się na prawie. Wicestarosta Tadeusz Birecki może i zna się na prawie, może i skończył studia w tym kierunku, ale na pewno np. nie przeczytał nigdy statutu powiatu czy też ustawy o samorządzie powiatowym. Zresztą nie on jeden, gdyż przewodniczący Władysław Stanisławski na każdej sesji daje okazje do takich podejrzeń. Wróćmy jednak do wicestarosty, który jest członkiem Zarządu Powiatu. Z posiedzeń tego gremium sporządzane muszą być protokoły i to wiernie oddające przebieg dyskusji, czyli kto i co w danej sprawie mówił. Tak jest zapisane w statucie powiatu górowskiego. A jak jest? A jest tak, że wnioski na Zarządzie nie wiadomo kto składa, dyskusji nie ma a jak już coś zapiszą, to i tak nie wiadomo kto to powiedział. W ten sposób odmawia się nam dostępu do informacji, bo na stronach www.powiatgora.pl pomimo obowiązku publikacji Państwo tego nie znajdziecie. Ktoś chyba wychodzi z założenia, że obowiązki to są dla nas a przywileje dla nich.
Rodzi się więc pytanie: jakie cele koalicja sprawująca władzę pragnie osiągnąć? Na te pytanie odpowiedzi nie uzyskamy. Możemy też spytać się inaczej: co tej koalicji się przez ten rok udało? Odpowiedź jest prosta: przetrwać! Jak wcześniej wspomniałem, koalicja ta jest tworem od początku do końca Władysława Stanisławskiego, jego projektem autorskim. Tak w dobrym, czego dostrzec nie mogę, jak i złym, co wytknąłem na początku. Bo to nie jest tak, że Władysław Stanisławski nie wiedział o finansowaniu nielegalnych gazet, to nie jest tak, że nie wiedział o zatrudnianiu ludzi związanych z Platformą. Jeżeli nie wiedział, to fakt ten po prostu go dyskwalifikuje i jako radnego i jako Przewodniczącego tej Rady. Jeżeli wiedział, to sytuacja staje się jeszcze bardziej klarowna. Jakby nie było, to Władysław Stanisławski jest zwornikiem tej koalicji i to ta koalicja jest utożsamiana z nim a nie odwrotnie. Przewodniczący znalazł się w ślepym zaułku. Wie, że dni tej koalicji są policzone i jednocześnie zdaje sobie sprawę, iż staje się politykiem o niskiej wiarygodności.
Powiat nasz pod rządami obecnej koalicji przypomina samolot, któremu na wysokości 10 tysięcy metrów wysiadły urządzenia nawigacyjne. Tylko od fachowości pilota zależy szczęśliwe lądowanie. Czy leci z nami pilot?

Zdjęcie pana Zenka

Dotarło deo mnie zdjęcie z wakacyjnych wojaży Pan Zenka. P. Pan Zenek odwiedzał dalekie kraje, gdzie obserwował tamtejsze obyczaje. Oto opis zdjęcia, które uzyskałem od swojego korespondenta.
Przesyłam Panu zdjęcie, jakie wykonałem podczas swojego pobytu na wyspie Picu - Picu. Przedstawia ono moment uroczystego otwarcia obrad tamtejszego samorządu lokalnego. Posiedzenia takie nosi w ich języku nazwę "pierdu - pierdu", co w przekładzie na język polski oznacza "spotkanie cichych i niemych". Podobnie jak u nas "pierdu - pierdu" ma swojego przewodniczącego, który w języku tubylców nazywa się "pe - es - es - men". W wolnym przekładzie na nasz język oznacza to: "pożądający władzy dla samej władzy". Przedstawiony na zdjęciu moment ukazuje taniec rytualny wykonywany przez ulubieńców "pe - es - es - mena" w celu załatwienia własnych interesów i zyskania uznania w jego oczach. Swoją rolę odgrywają również stroje, które spełniają dwojaką rolę. W sferze symbolicznej nawiązują do mitu o kogucikach, którym nigdy nie udało się na podwórku nic wartościowego wygrzebać. W sferze erotycznej wyrażają odwieczne dążenie samca do bycia samicą. I odwrotnie. Broda widoczna u starca jest symbolem mądrości życiowej, która na wyspie Picu - Picu sprowadza się do niespłacania wierzytelności należnych np. z tytułu wszelakich dzierżaw. Na wyspie Picu - Picu w oczach tamtejszych działaczy samorządowych uchodzi to za powód do dumy i wzór godny naśladowania.
Od autora: wszelkie podobieństwo do osób Państwu znanych jest czysto przypadkowe i stanowi efekt Państwa nadzwyczajnie wybujałej wyobraźni.

piątek, 23 listopada 2007

Co jest grane?

Przypomnijcie sobie drodzy Czytelnicy na mój post poświęcony wysokością stawek za dzierżawę pomieszczeń w tzw. "starej przychodni" (post po lewej stronie bloga: "Stara przychodnia"). Faktem jest, iż stawki te są mocno niedoszacowane. Na ostatniej sesji Rady Powiatu zwróciłem na to uwagę czcigodnych radnych. Efektów na razie nie ma. W całej tej sprawie jest jednak coś bardzo dziwnego. Zacznijmy jednak ab ovo.
Pod koniec sierpnia 2002 roku okazało sie nagle, iż SP ZOZ w Górze jednym podpisem swojego ówczesnego dyrektora - Moniki Witkowskiej - zrzeka się ogromnej części podstawowej opieki zdrowotnej (tzw. POZ). Zrzeczenie to nastąpiło na rzecz rawickiej spółki "Temed". Była to ogromna niespodzianka i zaskoczenie. Warto przypomnieć, iż już wówczas nasz szpital miał ogromne problemy finansowe. Zrzeczenie się ogromnej części POZ - ów w sposób znaczący osłabiło kondycję finansową naszego ZOZ - u. Kontrakt na te usługi wynosił wówczas ok. 300 tyś. złotych rocznie. O tyle umniejszono dochody szpitala. Firma "Temed" przejęła ośrodki zdrowia w Wąsoszu, Jemielnie, Luboszycy, Chróścinie, Czerninie oraz znaczną część budynku "starej przychodni" w Górze (328,41 m kw. spośród 821,8 m kw. całości). Na podstawie zachowanych rachunków udało się ustalić cenę za 1 m. kw., jaką "Temed" płacił wówczas SP ZOZ - owi. Za 1 m. kw. w Górze wychodziło 11, 48 zł., (dzisiaj 7,69 zł. za 1 m. kw.) w raz z mediami. W miejscowościach wymienionych powyżej stawka ta wynosiła 6.56 zł za 1 m kw (dane za wrzesień 2002 oraz styczeń 2003).
Nie udało się mi, jak na razie, dotrzeć do umowy, na podstawie której "Temed" dzierżawił te pomieszczenia. W tym przypadku jestem na razie bezsilny. Zwracałem się z tą sprawą do Starostwa Powiatowego z pismem. Otrzymałem na nie odpowiedź kuriozalną: "Ochrona tajemnicy przedsiębiorcy uniemożliwia udostępnienie kserokopii umowy" (pismo nr OR-0513-1/231/07). Kuriozalność tej odpowiedzi polega na tym, iż odmowa dostępu do informacji publicznej ma mieć formę decyzji administracyjnej, (którą można zaskarżyć do sądu). O tym jednak kiedy indziej. Proszę jednak zauważyć, iż nikt nie napisał, iż umowy nie ma. Powiedziałem sobie: "no possumus"! Wysmażyłem pismo do Przewodniczącego Rady Władysława Stanisławskiego. W odpowiedzi mogłem przeczytać, iż: "Wydział Budownictwa, Ochrony Środowiska i Gospodarki Nieruchomościami Starostwa Powiatowego w Górze nie posiada umowy dzierżawy zawartej z firmą "Temed" i SP ZOZ w Górze, o kserokopię której zwraca się Pan w piśmie z dnia 31.10.2007 r. i dnia 8.11.2007 r.". Na ostatniej sesji Rady Powiatu okazało się jednak, iż umowa jest! Znajduje się ona w SP ZOZ. Zapewnił mnie o tym sam Przewodniczący Rady Powiatu. Zobowiązał jednocześnie dyrektor Czesławę Młodawską do jej udostępnienia. Udałem się do SP ZOZ. Dyrektor Czesława Młodawska wydała odpowiednie polecenia. Przekopano wszystkie możliwe miejsca w poszukiwaniu umowy. Efekt - umowy nie ma. W ten sposób na mojej osobie przeprowadza się eksperyment "prostowania banana".
Ze swoich źródeł wiem, iż umowa najmu zawarta w sierpniu 2002 roku pomiędzy SP ZOZ w Górze a "Temedem" znajduje się w budynku Starostwa Powiatowego w Górze na 3. piętrze a pieczę nad nią sprawuje najprawdopodobniej Piotr Rewak. Przekazana tam została wraz z budynkiem w 2004 r. Dlaczego napotykam na taki opór w tej sprawie? Dnia 27 maja 2004 roku zawarto umowę dzierżawy pomiędzy Starostwem Powiatowym (wówczas było ono już administratorem budynku, który odebrano SP ZOZ i to Starostwo kasowało opłaty za dzierżawę) a "Temedem". Osobą reprezentująca spółkę "Temed" była Małgorzata Dobrzyńska, wówczas z - ca kierownika PCPR podległego Starostwu i jednocześnie "wspólnik Niepublicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej "TE - MED". Mąż jej, Zbigniew Dobrzyński, był w tym czasie radnym Rady Powiatu. W świetle takich faktów bardzo rad byłbym mogąc poznać treść pierwszej umowy.
Podczas ostatniej sesji Rady Powiatu jej Przewodniczący zgodził się ze mną, iż stawki za dzierżawę dla "Temedu" są zbyt niskie. Ze swojej strony ja zwróciłem się pismem (z dnia 24.10.2007 r.) do przewodniczącego Komisji Leśnictwa, Ochrony Środowiska, Geodezji i Gospodarki Nieruchomościami Jana Bondziora z najuprzejmiejszym zapytaniem w tej sprawie. Radny Jan Bondzior spławił mnie lekko i elegancko (ale tylko chwilowo) odpisując, iż Komisja się tym zajmie. Miesiąc minął i nic! Chyba ktoś głupio mniema, iż zapomnę o sprawie. Oj! Naiwni!
"Temed" był również przedmiotem rozważań podczas posiedzeń Zarządu Powiatu. Znalazłem tam wypowiedź wicestarosty Tadeusza Bireckiego: „poinformował, iż zakład „TEMED” spełnia wymogi określone dla służby zdrowia z uwagi na tzw. zaszły czas. W wypadku organizacji nowej siedziby standardy są już inne, wymagające dużych nakładów, stąd też to trudna decyzja dla zakładu „Temed” w przypadku otrzymania wypowiedzenia”. Chodzi o to, iż w przypadku wypowiedzenia umowy "Temed" będzie musiał spełnić określone standarty, bez których nie otrzyma kontraktu z NFZ. Dowiedziałem się również, że kontrakt "Temedu" z NFZ na ten rok to kwota ponad 509 tysięcy zł. Proszę spojrzeć na proporcję pomiędzy tą kwotą a kosztami dzierżawy ponoszonymi przez "Temed". Mnie jakoś troska wicestarosty o "Temed" nie wzrusza. A Państwa?

środa, 21 listopada 2007

"Arkadia" - miejsce spełnionych marzeń

Bardzo ładną imprezę mogli oglądnąć wszyscy ci, którzy 21 listopada o godzinie 17 zasiedli na trybunach hali "Arkadia". Dzięki staraniom Stanisława Żyjewskiego - mocnego człowieka w środowisku sportowym - mogliśmy oglądnąć zmagania siatkarskie dwóch drużyn I ligowych. Zawitały do nas "Gwardia" Wrocława oraz "Klub Siatkarski" Poznań, by rozegrać mecz kwalifikacyjny w ramach siatkarskiego Pucharu Polski. Publiczność dopisała, co przewidzieli organizatorzy ustawiając dodatkowe krzesła dla widzów. Bardzo cieszył widok dzieci i młodzieży, którzy licznie przybyli do "Arkadii", by obejrzeć mecz zawodowców. Widowisko zapowiadało się atrakcyjnie toteż i publika dopisała. Wg opinii pracowników hali było ok. 400 widzów.
Mecz był momentami bardzo zacięty i wyrównany. Pierwszego seta wygrali goście znad Warty w stosunku 25 do 19. Wrocławianie stawili zacięty opór w secie drugim, którego wygrali 29 do 27. Set trzeci dość gładko wygrali poznaniacy: 25 do 16. W następnym secie górą byli dolnoślązacy: 25 do 18. O zwycięstwie poznaniaków zadecydował piąty set wygrany przez nich w stosunku 15 do 9. Wg zgodnej opinii znawców siatkówki wrocławianie trochę sobie ten mecz odpuścili. Nie mniej jednak mogliśmy oglądać spotkanie na dość wysokim poziomie. Dobrze się stało, iż górowska młodzież mogła zobaczyć na własne oczy zmagania ludzi żyjących z gry w piłkę siatkową. Była to świetna promocja siatkówki.
Podczas meczu w hali panowała przyjemna atmosfera. Górowscy fani siatkówki reagowali dość spontanicznie na udane zagrania obu drużyn i żadnej nie faworyzowali. Kolorytu zmaganiom dodawali kibice górowskiej "Pogonii", którzy "uzbrojeni" w bębny nadawali ton dopingowi.
Bardzo miło zaskoczył mnie Andrzej Jasiak, który w fachowy i wysoce kompetentny sposób komentował widowni przebieg spotkania. Znakomita dykcja i miły tembr głosu powodowały, iż słuchało się go z przyjemnością. Słowa uznania należą się również organizatorom. Rzec można, iż wszystko zapięte zostało na "ostatni guzik". Widać, iż pracownicy "Arkadii" sztukę organizacji imprez masowych opanowaną mają do perfekcji.
Siedząc na trybunach zauważyłem jednak, iż od bardzo dawna jest to pierwsza poważna impreza sportowa odbywająca się w tej hali. Zastanawiam się nad przyczyną tego stanu rzeczy. Nie zapominajmy, że "Arkadia" sporo nas kosztowała i budzącym grozę marnotrastwem jest sprowadzanie tego obiektu do roli szkolnej hali gimnastycznej. Wiem, iż przez jakiś czas starościnie chodziły między skroniami pomysły sprowadzające się do wylania Stanisława Żyjewskiego z tej posady. Na szczęście dla hali - i dla nas - pieniądz gorszy nie wyparł lepszego. Szkoda jednak straconego czasu. Ile to imprez straciliśmy przez niechęć starościny do wszystkiego, co nie tknie tandetą i nie przypomina wiejskiego festynu, podczas którego szczytem kultury fizycznej bywa wspięcie się na nasmarowany smalcem słup po 1/2 litra wody ognistej.
"Arkadia" - tak trzymać!