środa, 16 stycznia 2008

Ja się nie poddaję! - cz. 3

- Jak głosi wieść gminna potwornie zadłużył pan gminę. Jaki jest poziom długu i czy jest prawdą, że nie mamy pieniędzy na inwestycje, bo teraz będziemy spłacać długi.
- Takie "wieści gminne" tworzone są na użytek niezorientowanych mieszkańców naszej gminy. Kiedy zostałem burmistrzem po raz pierwszy, założyłem sobie dokonanie inwestycji, gdyż w tej dziedzinie były duże zaniedbania. Miałem nadzieję na pozyskanie funduszy spoza gminnego budżetu. Wielokrotnie mi się to udawało. Krytykowano mnie za niepozyskiwanie funduszy unijnych. Przeczytam wypowiedź - wówczas radnego - Tadeusza Bireckiego z sesji: "brak funduszy unijnych jest winą burmistrza". Proszę łaskawie mi powiedzieć: czyją winą jest brak takich funduszy w Starostwie Powiatowym? Jaki jest poziom zadłużenia samorządu powiatowego w stosunku do dochodów? Co będzie, kiedy będzie trzeba przejąć długi szpitala? Ten dług to chyba dwa budżety powiatu. Tadeusz Birecki bardzo łatwo krytykuje innych. Niech jednak zacznie uderzać się we własną pierś. Jest wicestarostą, udaje fachowca, ale gdzie unijne fundusze?! Ich brak w budżecie starostwa jakoś mu całkowicie nie przeszkadza. Każdy nowy burmistrz - jeżeli będzie chciał - rozwijać naszą gminę będzie musiał zaciągać kredyty. To jest prawidłowość ekonomiczna. Tak robią wszyscy.
- Wielu przeciwników ma podjęta przez Pana decyzja o remoncie sali widowiskowej Domu Kultury. Oponentom idzie o wysoki koszt tego remontu.
- Podejdźmy do tej sprawy tak. Czy górowianie nie zasługują na nowoczesną salę kinową? Czy krytycy tej inwestycji tak nisko cenią swoich wyborców, że uważają, iż można im podsunąć byle co, a oni będą szczęśliwi? Jeżeli tak, to niech im to powiedzą w oczy. Górowska młodzież nie zasługuje na nowoczesny Dom Kultury z pracowniami odpowiadającymi wymogom XXI wieku? Proszę! Niech to powiedzą młodzieży. Bardzo żałuję, że nie zdążyłem zrobić skate parku. Ja widzę jak miłośnicy tego sportu jeżdżą koło sklepu "Netto" i podziwiam ich sprawność fizyczną.
- W trakcie sprawowania urzędu spotkał się Pan z wszystkimi radnymi. Proszę powiedzieć kogo z nich Pan ceni?
- Pozwoli Pan, że wystawię tylko pozytywne oceny. Bardzo ceniłem sobie współpracę z - zacznijmy do kobiet - Iwoną Kawką, Lucyną Wilkiewicz, Alicją Penar, Marią Muszyńską. Ceniłem i cenią je za bezinteresowność w tym co robią, uczciwość, zaangażowanie i prawdomówność. Radni Zygmunt Iciek, Jerzy Kucharski, Bronisław Jędryczka, Ryszard Hołownia zawsze wspierali mnie radą. Radny Kucharski przejawiał bardzo dużą inicjatywę w sprawie inwestycji we Włodkowie Dolnym i Kruszyńcu. Radny Hołownia ma bardzo duże wyczucie spraw gospodarczych i doświadczenie w tej dziedzinie. To jest bardzo cenny kapitał. Radni ci nie uprawiali wazeliniarstwa.
- A jak często burmistrz jest narażony na "wazelinkę"?
- Codziennie! Każdy chce coś "ugrać" w rozmowie z burmistrzem. Wie Pan, jest tak, że pełniąc tę funkcję nie ma się po prostu czasu. Często ta praca to "kocioł". Człowiek nie bardzo ma czas na analizę wypowiedzi różnych ludzi, poszukiwania ich kontekstu i weryfikacji prawdziwości tego, co mówią. Ja zresztą ufam ludziom. Takie mam założenie. I nie zburzyła go nawet taka historia. Podczas rozprawy jeden z naczelników oskarżył mnie, iż zmusiłem go do potwierdzenia nieprawdy. I ten jego zarzut - nieprawdziwy - znalazł się w wyroku.
- Czemu Pan go nie zwolnił?

- Kolejny błąd! A tak naprawdę nie chciałem, aby jego postać stała się "symbolem" męczeństwa, jakie poniósł z rąk dzierżymordy Wrotkowskiego. A gdyby Pan widział, jak on się zachowywał wcześniej wobec mnie.
- Jak?
- Spijał każde zdanie z moich ust i nigdy nie miał innego zdania niż ja.
- Czysta "wazelina"?

- W krystalicznej postaci!
- Podczas 1. kadencji zwolnił Pan jednak kilka osób. Mówi się, że właśnie z powodu ich "niewazeliniarstwa".
- Zwolniłem: Zbigniewa Hrehorowicza, Jerzego Jakuczuna oraz Jacka Frączkiewicza.
- Za co?
- Dwóch pierwszych z powodu przysłowia: "Nie można służyć dwóm panom".
- A trzeciego?
- Nie odmawiam Jackowi Frączkiewiczowi kompetencji i fachowości. Ale urząd to nie sala uniwersytecka, gdzie prowadzi się seminarium naukowe a petenci nie są studentami prawa administracyjnego. Mówiąc krótko: za zbyt naukowe podejście do petentów. Gdybym mógł cofnąć czas, to mówiąc prawdę, jeszcze raz przemyślałbym swoją decyzję w stosunku do jego osoby.
- Za Pana kadencji pracował również - przewidziany na komisarza - Piotr Wołowicz. On też odszedł z pracy w urzędzie. Dlaczego?
- O ile dobrze pamiętam, Piotr Wołowicz pracował w urzędzie trochę więcej niż dwa lata. Miał zajmować się pozyskiwaniem funduszy, m.in. unijnych. Po jakimś czasie naczelnicy wydziałów zaczęli wyrażać swoje niezadowolenie z powodu jego pracy.
- Źle pracował?
- Powiem tak. Naczelnicy mówili mi, iż Piotr Wołowicz raczej ma dość letni stosunek do pozyskiwania funduszy. Tym swoim stosunkiem chciał "zarazić" innych. Oceniając jego pracę, muszę powiedzieć, iż nie odcisnął żadnego trwałego śladu na naszej gminie. Odszedł na własną prośbę.
- Współpracował Pan również ze swoją konkurentką do fotela burmistrza Ireną Krzyszkiewicz...
- Przesadził Pan...
- Być może. Chciałbym się jednak dowiedzieć - w perspektywie jej startu w zbliżających się wyborach - jakie jest Pana zdanie na temat kwalifikacji Ireny Krzyszkiewicz na burmistrza?
- Irena Krzyszkiewicz ma dwa niezaprzeczalne atuty. Pierwszy to ten, że potrafi się uśmiechać bez przerwy. To jest "uśmiech 24/h". Drugi atut polega na tym, iż każdemu mówi to, co chce on usłyszeć. Czy myśli tak samo - nie mi zgadywać. Ten brak wyrazistości to jej najpoważniejszy atut.
- Kto wygra wybory?
- A Pan startuje?
- Ja się na polityce nie znam!
- Tak, tak, tak... . Myślę, że faworyta nie ma.
- A komu udzieli Pan swojego poparcia?
- Późno już.
- Dziękuję za rozmowę.

piątek, 11 stycznia 2008

Nasz Jaśnie Panujący

9 stycznia nastąpiła intronizacja Piotra Wołowicza na fotel burmistrza Góry. Akt podpisał Prezes Rady Ministrów Donald Tusk, który wybrańcowi losu i Platformy Obywatelskiej powierzył: "pełnienie funkcji Burmistrza Góry, do czasu objęcia obowiązków przez nowo wybranego burmistrza". W dniu wczorajszym burmistrz objął górowskie włości w posiadanie i rozpoczął urzędowanie. W tym historycznym dniu, jak przystało na lojalnego i prawomyślnego obywatela miasta Góry, udałem się do namaszczonego przez Premiera wybrańca, aby złożyć mu hołd najkorniejszy, uścisnąć prawicę (choć burmistrz to liberał) oraz przekazać kilka najpokorniejszych zapytań. Burmistrz przyjął mnie w całym swoim majestacie i blasku, od którego oczęta moje niezmiernie ucierpiały, bowiem Majestat jego jest porażający! Zauważyłem, że burmistrz zasiada w tym samym fotelu, co jego poprzednik, ale w innym garniturze. W wystroju gabinetu nic się nie zmieniło.
Audiencja, której udzielił mi nasz Jaśnie Panujący na trwale wryła mi się w pamięć. Szkoda, że nie mam szans na posiadanie wnuków, bo mieliby czego słuchać w długie zimowe wieczory. Wzruszony byłem!
W dniu dzisiejszym Osoba Panująca dopuściła przed swoje Oblicze mass-media. Też się wkręciłem, bo w dniu wczorajszym na prywatnej audiencji Panujący dał mi cynk, że takowa ceremonia się odbędzie. Konferencja odbyła się o godzinie 11 w sali nr 110, której to remont wytykali poprzedniemu Panującemu poplecznicy obecnego Panującego. W ten sposób sprawdziło się stare marsjańskie przysłowie: "Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia". Nie bądźmy jednak drobiazgowi. Na konferencję Majestat przybył wraz z sekretarzem tutejszego urzędu Tadeuszem Otto. Zebrane licznie mass - media (sztuk 5) wysłuchały mowy tronowej. Według Panującego będzie tak: żadnych zmian kadrowych ("okres sprawowania władzy, to nie czas na rewolucje"), wszyscy urzędnicy mogą spać (w domu oczywiście) spokojnie, zmianie uległ jedynie dzień, w którym z burmistrzem spotykają się naczelnicy wydziałów (dotąd w środy - nowy Panujący przeniósł spotkania na poniedziałki).

Najważniejszą sprawą są przedterminowe wybory na burmistrza. Ich datę wyznacza Rozporządzenie Prezesa Rady Ministrów na dzień 24 lutego. Ok. 18 stycznia pojawić się powinno obwieszczenie wojewody dolnośląskiego o dacie wyborów w gminie Góra wraz z kalendarzem wyborczym. Panujący podkreślił, że "urząd będzie z boku kampanii wyborczej". Przyciśnięty jednak lekko do tronu przyznał, iż on osobiście, jako burmistrz, będzie popierał i głosował na Irenę Krzyszkiewicz (to jest bardzo nowatorska definicja "urzędu stojącego z boku kampanii wyborczej"). Sam Panujący nie zamierza ubiegać się w zbliżających sie wyborach o tron. Poinformował również, iż zgodnie z prawem złożył rezygnację z funkcji radnego Rady Miejskiej, która to rezygnacja (wymagana przez prawo) zostanie przedstawiona do zaakceptowania Radzie Miejskiej na sesji 22 stycznia. Aby zasiadać na obecnym tronie Majestat wziął urlop bezpłatny z poprzedniego miejsca zatrudnienia. Pytany o wynagrodzenie nie potrafił udzielić odpowiedzi o wysokość apanaży. Prawdopodobnie będą to zarobki poprzednika. W tym miejscu jeden cham zauważył, że "chwała Bogu, iż obniżka o 1500 zł wynagrodzenia poprzedniego burmistrza została zanegowana przez nadzór prawny wojewody, bo Panujący zarabiałby mniej o 1500 zł. (Zasługi jeszcze nie te, a pensja już ta!) Jeżeli idzie o plany, to Panujący zapowiedział intensywne prace nad budżetem. W chwili obecnej gmina opiera się na projekcie budżetu, który przygotował poprzedni burmistrz. Ponieważ jednak komisje nie przyjęły tego projektu należy sporządzić nowy budżet. Jak wyjaśniał Majestat zmiany będą dotyczyły wydatków inwestycyjnych gminy. Nie wyjaśnił jednak, czy będzie to ograniczenie wydatków na inwestycje, czy też przesunięcie priorytetów. Rozpoczną sie prace nad wieloletnim planem inwestycyjnym, który dotąd był konstruowany na 2 lata. Panujący chce to zmienić i opracować plan do roku 2013. Podstawą planu maja być realne możliwości gminy. Pytano o zadłużenie gminy. Jego Majestat orzekł, iż źle nie jest. Przyznał, że poprzednik wiele inwestował. Inwestycje te były kosztowne, ale ich sensu nie zanegował. Stwierdził, iż jeżeli chcemy się rozwijać, to z braku środków w budżecie gminy trzeba korzystać z kredytów. Robią to wszystkie gminy w Polsce. W chwili obecnej zadłużenie gminy wynosi ok. 11 mln. W tym roku spłata kredytów pochłonie ok. 4 mln zł. Poziom zadłużenia gminy w stosunku do rocznych dochodów wynosi ok. 26%.
Mass - media pytały o cmentarz komunalny. Jego Wysokość wyjaśnił cierpliwie, że nie było innego wyjścia niż te, które wybrano (anulowanie wypowiedzenia dzierżawy dotychczasowemu dzierżawcy). Panujący jest jednak za tym, by cmentarz komunalny był zarządzany przez gminę. Dzierżawca ma umowę do końca 2008 roku. Jedna taka kanalia pytała o wysokość zadłużenia dzierżawiącego cmentarz wobec gminy. Stosowny odpór dał kanalii sekretarz Otto, który stwierdził, iż jest to tajemnica nie podlegająca ujawnieniu. I w ten sposób informacja, iż dzierżawca płaci 427, 90 zł + 22% VAT miesięcznie oraz ok. 18 tys. zł rocznie z tytułu podatku od nieruchomości, jaką jest cmentarz, nie ujrzała światła dziennego.
Dopuszczeni przed Najwyższe Oblicze dziennikarze oraz jedna hiena nie mieli za wiele pytań. Konferencja przebiegała w atmosferze wzajemnego zrozumienia, sympatii oraz oczekiwania na dalszy przebieg wydarzeń. Panujący zapowiedział kontynuację spotkań tego typu. Kanalia jak zwykle się wychyliła i spytała czy można liczyć w przyszłości na kawę. Odpowiedziano jej, że tę sugestię rozpatrzy się w najbliższym czasie.
Dla mnie osobiście kamieniem obrazy było postawienie na stole czystej wody źródlanej o wielce obiecującej, a jakże zwodniczej nazwie - "Żywiec". Tak nie można! To oburzające! "Żywiec", to piana, barwa, zapach i chmiel! Wobec takiego afrontu oświadczam, że przechodzę do twardej i nieubłaganej opozycji wobec Panującego. Powód jest, moim zdaniem, wystarczający! Amen.

niedziela, 6 stycznia 2008

Ja się nie poddaję - cz. 2

- Porozmawiajmy o cmentarzu. Dlaczego zdecydował się pan na wypowiedzenie umowy z Alfredem Bieleckim, wieloletnim dzierżawcą cmentarza komunalnego?
- Ta sprawa ma kilka wymiarów, ale w niej - jak w soczewce - zobaczyć można interesy różnych grup nacisku istniejących w Radzie Miejskiej. Kiedy powstał projekt uchwały, który miał na celu przekształcenie Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, rozpoczęły się różnego rodzaju podchody, których celem miało być utrzymanie dotychczasowego stanu szczególnie w sprawie cmentarza. Dotychczasowy dzierżawca - Alfred Bielecki - zwracał się do mnie wielokrotnie o umorzenie opłaty za użytkowanie cmentarza. Podania swoje uzasadniał tym, iż musi dokładać do prowadzenia działalności. W tej sytuacji postanowiłem pomóc panu Bieleckiemu i uwolnić go od ciężaru jakim - wg niego - stał się cmentarz komunalny. Została wypowiedziana umowa i od dnia 1 stycznia 2008 roku cmentarz miał stać się częścią spółki "Komunalnik". I wtedy się zaczęło. "Rządząca opozycja" - jak pan trafnie określa obecną większość w Radzie Miejskiej - przystąpiła do działań jawnych i zakulisowych, które zmierzały do utrzymania cmentarza w rękach pana Bieleckiego.
- Przykłady proszę?
- "Rządząca opozycja" podczas posiedzeń różnych komisji stwierdzała, iż pozostawienie cmentarza w rękach pana Bieleckiego do końca 2008 roku pozwoli mu dotrwać do emerytury. Odebranie cmentarza spowoduje, iż nie będzie miał z czego żyć. Radni zapomnieli jednak, iż podstawą działalności pana Bieleckiego są "usługi pogrzebowe" a nie dzierżawa cmentarza. Po wypowiedzenie umowy dzierżawy cmentarza pan Bielecki mógł dalej kontynuować działalność gospodarczą. Taka postawa radnych wzbudzała moje ogromne zdziwienie, gdyż zapomnieli oni o tym, iż były liczne skargi na działalność pana Bieleckiego, na wysokość pobieranych opłat. I radni o tym dobrze wiedzieli. Niektórzy z radnych przychodzili do mnie i naciskali w interesie pana Bieleckiego.
- Kto?
- A możemy o tym później?
- Możemy. Byleśmy nie zapomnieli.
- Ja nie zapomnę. Wracajmy do cmentarza. Kompletnie nie rozumiem postępowania radnych w tej sprawie. Z jednej strony pan Bielecki dokłada do cmentarza i ja, jako burmistrz, postanawiam wyjść mu naprzeciw i uwolnić od tego bolesnego ciężaru. Radni natomiast chcą najwyraźniej zrobić z pana Bieleckiego bankruta. I już sam nie wiem o co w tym wszystkim chodzi.
- Teraz to już pan przesadził!
- Jak nie wiadomo o co chodzi, to na pewno idzie o pieniądze.
- Zostawmy cmentarz i porozmawiajmy o odrzuceniu przez Radę Miejską uchwał dotyczących przekształcenia Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w dwie spółki. Dlaczego opozycja nie chciała dopuścić do przekształceń?
- Nie było najmniejszych podstaw do nieprzyjęcia uchwał o utworzeniu spółek. W postaci w jakiej ZGKiM istnieje powoduje on duże obciążenia dla budżetu gminy. Będąc dwoma spółkami ZGKiM stanie się dwoma odrębnymi zakładami, które będą na własnym rozrachunku. Jasne staną się koszty funkcjonowania każdego z nich. Można będzie zracjonalizować wydatki i zarządzanie. "Komunalnik" miał przejąć również targowisko. Ze Stowarzyszeniem Kupców, które skupia ludzi działających na targu, uzgodniono, że wpływy z placowego będą dzielone po 50%. I te 50%, przekazane Stowarzyszeniu Kupców, miało służyć podniesieniu standardów pracy na targowisku, jego wyglądu estetycznego i rozbudowę. Opozycja jednak utrąciła obie uchwały i zrobiła to celowo. Zadecydowały o tym interesy prywatne. Powiem tak: gdyby nie zmieniano statusu cmentarza, uchwały te zostałyby przyjęte.
- Obawiam się, że nie dostrzega pan wpływu wyborów na oddalenie tych uchwał w czasie.
- Obawiam się, że ma pan - niestety - rację. W zbliżających się wyborach będę robił za "czarny charakter". Nowa władza zwali na Wrotkowskiego wszystko! Swoje błędy przypisze Wrotkowskiemu a sukcesy - czyli to co zacząłem a nowi skończą - sobie. Zobaczy pan, jak szybko okaże się, że np. podatek rolny jest za niski i trzeba go podnieść, bo nie ma pieniędzy. Tak samo będzie z przekształceniem ZGKiM. Tu nie idzie o to, że to są złe decyzje. Rozpoczęło się liczenie głosów w przyszłych wyborach, zaspokojenie oczekiwań różnych grup reprezentujących prywatne interesy, które poczuły się zagrożone zmianami. To jest taka nasza gminna "pajęczynka", która powiązana nitkami niewidocznych gołym okiem interesów jest zainteresowana zachowaniem dotychczasowego stanu rzeczy. "Rządząca opozycja" - widać to gołym okiem - zgodziła się na te reguły, bo komuś zależy na objęciu stanowiska burmistrza za każdą cenę, nawet za cenę oszukania wyborców.
- Jak głosi wieść gminna potwornie zadłużył pan gminę. Jaki jest poziom długu i czy jest prawdą, że teraz będziemy spłacać długi, bo nie mamy pieniędzy na inwestycje.

Trzecia - ostatnia część wywiadu już za kilka dni.

sobota, 5 stycznia 2008

Giełda ruszyła - cz. 1

Co by nie było - wybory się zbliżają wielkimi krokami. Spekulacji dotyczących kandydatów krąży bez liku. Spróbujmy uporządkować nasze informacje o kandydatach pewnych i prawdopodobnych. Potencjalnych kandydatów przedstawiam w porządku alfabetycznym.

1. Stanisław Andrzej Hoffmann; urodzony w 1949roku. Ukończył Akademię Medyczną we Wrocławiu. Od początku swojej kariery zawodowej związany z górowskim szpitalem. W roku 1998 uzyskuje tytuł doktora nauk medycznych na Akademii Medycznej w Poznaniu. Wzięty położnik i ginekolog. Najwięksi wrogowie przyznają, iż w swoim fachu jest on znakomitym specjalistą, człowiekiem wielkich umiejętności, wyczucia i ogromnej wiedzy, którą uzupełnia na bieżąco. Biografia polityczna Stanisława Andrzeja Hoffmanna jest przejrzysta; od roku 1980 związał się z "Solidarnością". W stanie wojennym był internowany. Przed wyborami czerwcowymi 1989 był jednym z założycieli Komitetu Obywatelskiego "Solidarność". Jako jego niekwestionowany lider został senatorem w sejmie I kadencji. W latach 1998 - 2002 radny Sejmiku Wojewódzkiego we Wrocławiu. W 1998 roku zaangażował się w utworzenie powiatu górowskiego. Predysponowały go do tej roli liczne i szeroko rozgałęzione kontakty w Akcji Wyborczej "Solidarność". W 1998 roku był współautorem wielkiego sukcesu wyborczego Akcji Wyborczej "Solidarność" na terenie nowo utworzonego powiatu górowskiego. W wyborach do Rady Powiatu na listy AWS’u oddano na terenie przyszłego powiatu górowskiego 3769 głosów (27,9% oddanych głosów), co dało 7 mandatów.
W tym czasie był ordynatorem oddziału ginekologiczno - położniczego w SP ZOZ Góra. Od 1998 roku dyrektor SP ZOZ. Funkcję tę pełnił do roku 2001 kiedy to został jej pozbawiony w atmosferze nagonki i pomówień. Publicznie oskarżany o rzekome malwersacje finansowe stawał czterokrotnie przed "Temidą". Z wszystkich zarzutów został oczyszczony. Przyległ jednak do niego czarny PR, co skrzętnie wykorzystują do dnia dzisiejszego jego wrogowie. Ma dwóch synów: Marcina (obecnie robi specjalizację w jednym z wrocławskich szpitali) oraz Macieja, który ukończył studia prawnicze, ale zaangażował się całym sercem w muzykę grając w zespole muzycznym. Zainteresowania: wędkarstwo, książki oraz w chwilach wolnych muzyka poważna ze wskazaniem na Mozarta.

2. Ryszard Hołownia; urodził się w Górze w roku 1953. Wykształcenie średnie. Całe dotychczasowe życie związał z przemysłem spożywczym. Pierwsze kroki zawodowe stawiał w Nadleśnictwie Góra Śl. Następnie pracował w kultowym dzisiaj górowskim browarze, by po jego likwidacji podjąć pracę w utworzonym w jego miejscu - Zakładzie Przemysłu Spożywczego "Las". Był jego kierownikiem aż do czasu likwidacji w 1992 roku. Z dnia na dzień stał się człowiekiem bez pracy, który obarczony był rodziną. Wówczas to podjął bardzo ryzykowną decyzję o założeniu własnej firmy. Wykorzystał do tego doświadczenie nabyte w trakcie pracy zawodowej oraz pieniądze pożyczone od kuzyna mieszkającego na stałe w Szwecji. Działalność gospodarczą rozpoczynał w wynajętej hali (za restauracją "Syreną" - ciastkarnia). Następnie zakupuje budynek po wystawionej na sprzedaż restauracji "Parkowa". Po 3 latach istnienia i ciężkiej pracy całej rodziny firma "Harpol" wypływa na szerokie wody. Zaczyna wygrywać przetargi, oferuje wysoki poziom produktów i szeroki asortyment dostosowany do wzrastających wymogów konsumentów. Wolne środki przeznaczane są na modernizację, by sprostać wzrastającym wymogom konkurencji. Rocznie, średnio, w "Harpolu" pracuje ok. 25 pracowników. Obecnie "Harpol" produkuje średnio ok. 26 produktów na rynek krajowy. Firma przygotowuje się do otrzymania certyfikatów unijnych z myślą o rozszerzeniu rynku zbytu.
Czynny udział w polityce Ryszard Hołownia rozpoczął niedawno. W latach 2002 - 2006 był radnym Rady Miejskiej, który wybrany został z listy "Samoobrony". W chwili obecnej nie związany z żadną partią. W zbliżających się wyborach wystartuje z własnym komitetem wyborczym, w skład którego wejdą ludzie zainteresowani dobrem naszej gminy.
Kandydat ma troje dzieci - Martę, Roberta oraz Agatę. Cała trójka ukończyła wyższe studia. Jest również dumnym dziadkiem trójki wnucząt: Wiktora, Martynki i Mikołaja. Zainteresowania: jazda konna i na nartach. Wolny czas spędza najchętniej w otoczeniu rodziny.

środa, 2 stycznia 2008

In flagranti

Radiu "Elka" wywiadu udzieliła asystentka Przewodniczącego Władysława Stanisławskiego ds. wręczania kwiatów, którą prosty lud zdążył już ochrzcić mianem "Bukietowej". Madam "Bukietowa", która usiłuje również być starościnąnaszego powiatu, stwierdziła: "W przyszłym roku zapłacona zostanie pierwsza rata związana z poręczeniem kredytu dla szpitala jest to kwota 750 tysięcy złotych. Spłata wszelkich zobowiązań z tytułu kredytów przekroczy kwotę 3 mln 500 tysięcy złotych - stąd ograniczenia inwestycyjne. Będziemy się starali zdobywać środki zewnętrze a jednocześnie szukać oszczędności w tych funduszach, które mamy". Jednoczesnie madam "Bukietowa" tchnie optymizmem, co do rozwoju powiatu, stanu dróg i perspektyw (własnych). Optymizm "Bukietowej" szanowni Państwo jest w pełni uzasadniony. Zarząd przy tym poziomie zadłużenia jest zwolniony z myślenia o inwestycjach (oj! durny ty Robercik, durny! - a kiedy to Zarząd myślał?!). Zarząd będzie obsługiwał dług. Dług jest koszmarnym dziedzictwem poprzedniego Zarządu. Kto w nim był z obecnego Zarządu? (Milcz chamie, to było dawno, tego się nie przypomina!) Oprócz tego sesje mogą odbywać się rzadziej. O czym debatować jak nie ma kasy?! Ot, spotkamy się, przesuniemy kasę z jednej mniejszej dziury w drugą większą, potem powtórzymy manewr i... byle do wiosny! A wiosną... . A wiosną, jak już kasy nie będzie na nic, też źle nie będzie! Zakwitną łąki, pojawi się urocze kwiecie - polnym zwane. Prosty lud prawi, że z powodu braku kasy w naszym starostwie narodził się pomysł połączenia imienin Beaty i Władysława. Władysław, jako starszy wiekiem i na dodatek polityczny tata i polityczna mama "Bukietowej" zgodził się w swojej łaskawości na to, by "Bukietowa" przeniosła swoje imieniny na 27 czerwca. W nowym kalendarzu - podobno! - te dwa imiona połączone są nierozerwalną czcionką typu "New romantic". W ten oto sposób w pełni czerwca, gdy kwiecia polnego będzie pod dostatkiem a w kasie starostwa pustki, jak u pańszczyźnianego chłopa na przednówku, będzie mogło odbyć się święto "WładoBeatowe". Przewodniczący wraz z "Bukietową" - asystentką ds. wręczania bukietów - udadzą się o poranku na łąki powiatowe. Tam brodząc w porannej rosie będą zrywali kwiecie wszelakie celem wzajemnego wręczenia go sobie podaczas zwykłego jubelku jaki takim dniom towarzyszy. Państwo sobie to wyobrażają? Nie?! To pomogę. Świt blady, który rozjaśniają pierwsze promyki czerwcowego słońca. Z polnej drogi w stronę łąk zmierzają wyżej wymienieni. Nieco z tyłu postępują asystenci - wiceprzewodniczący Rady Powiatu Marek Biernacki oraz drugi wice Edward Szendryk. Pierwsza para przystępuje do zrywania kwiecia - kaczeńce, maki, bławatki, chabry modre - ulegają sile ich dłoni. Zerwane kwiecie podają asystentom, którzy przyjmują je z wdzięcznością, uległością i pełnym oddaniem. I tak brną przez łąki, pola, lasy (chyba się zagalopowałem) a asystenci uginają się pod ciężarem zebranego kwiecia. Kiedy już zerwali wystarczającą ilość, która daje im pewność, że obadarują się wzajemnie w wymiarze imponującym, kończą swoje zbożne dzieło. Nucą przy tym piosonki pradawne. Przewodniczący falsetem śpiewa światu pradawny przebój: "Prząśniczkę" w nieco zmienionej wersji: "O kręć się ma Beatko, bączku mój". "Bukietowa" zaś nuci romantyczną pieśń "Mydełko fa, to Władek i ja" Wszelka zwierzyna cichnie w lesie. Skowronki robią się blade z zazdrości dla tak niespotykanego talentu tych dwojga. Ale nagle harmonię tego cudownego poranka przerywa pojawienie się Zła. Oto spod muchomora wyłania się tajemniczy Obcy. Zastygłym z zaskoczenia kwiaciarzom przedstawia się mówiąc: "Komornik sądowy rewiru..." "Bukietowa" mdleje. Przewodniczący wkłada do ust orzecha laskowego i mówi: "Wiewiórka jestem". Asystent Bierncki zamienia się w wypatroszony katalizator. Szendryk udaje puchacza. Szlag trafił sielankę. Jakże chwile szczęścia są ulotne i kruche.

wtorek, 1 stycznia 2008

Ja się nie poddaję - cz. 1


- W listopadzie 2002 roku wygrał Pan wybory i został burmistrzem. Bardzo mocno po Pana stronie zaangażował się Pan Władysław Stanisławski. Wkrótce jednak wystąpił on z Pana bloku wyborczego. Dlaczego?
- Niektórzy oczekiwali, że po wygranych wyborach będą mieli wpływ na podejmowane przeze mnie decyzje. Ja uważałem, i tego nie ukrywałem, że pełnienie stanowiska burmistrza związane jest z imienną odpowiedzialnością. To nie może być tak, iż burmistrz spełnia żądania ludzi, którzy za podejmowane przez niego decyzje nie ponoszą odpowiedzialności. Przecież, to nie Władysława Stanisławskiego wyborcy wybrali na burmistrza, ale Tadeusza Wrotkowskiego i jego to rozliczą z podejmowanych decyzji.
- Sugeruje Pan, iż Władysława Stanisławski chciał odgrywać rolę "szarej eminencji"?
- Ja zgadzałem się, że należy konsultować decyzje w ramach mojego Bloku Wyborczego. Powtarzam - konsultować. Ale czym innym jest konsultacja a innym żądanie, by wynik tych konsultacji zamieniać w decyzje. Konsultanci za decyzje odpowiedzialności nie ponoszą.
- Co było bezpośrednią przyczyną zerwania?
- Poszło o budowę sklepu "Netto". Stanisławski bardzo się temu sprzeciwiał. Ja rozumiałem, że jako prezes PSS - u obawia się on konkurencji. Tylko, że ja proszę Pana nie byłem reprezentantem interesów PSS - u, ale całej społeczności lokalnej. Wydałem zgodę na budowę tego sklepu, chociaż przyznam, że była to decyzja ryzykowna. Nikt nie wiedział jakie będą efekty powstania tej placówki. Straszono mnie wizją upadku wielu sklepów, wzrostem bezrobocia, krachem targowiska. Ja wyszedłem natomiast z innego założenia. Ceny wielu towarów w naszym mieście były wyższe niż w innych miastach, gdzie tego typu placówki istnieją. Ich działanie na rynku powoduje spadek cen. Góra nie jest miastem, którego mieszkańcy są zamożni. "Netto" pozwala kupować taniej i to jest dla mnie istotne. Wystarczy w sobotnie przedpołudnie pójść do "Netto" i zobaczyć, jak ludzie głosują nogami. Uważam, że moja decyzja była trafna. A jeżeli ceny żywności są niższe, to ludzie mogą kupować inne towary, dzięki zaoszczędzonym pieniądzom zaspakajać inne swoje potrzeby. Proszę również zauważyć, że dzięki powstaniu "Netta" ożywieniu uległo targowisko miejskie. W sobotę tam jest trudno przejść.
- A kiedy Stanisławski odszedł z Pana ugrupowania?
- O ile dobrze pamiętam, kryzys widać było już na posiedzeniach zarządu mojego bloku. Wówczas to Stanisławski, Stankiewicz kontestowali moje poczynania. Rozłam nastąpił podczas walnego zebrania. Stefan Kasperski wezwał ich, by albo zgodzili się z popierającą mnie większością, albo wyszli z koalicji. I oni wyszli.
- Porozmawiajmy o radnych. Czy radni przejawiają własną inicjatywę. Idzie mi o to, czy spotkał się Pan kiedykolwiek z taką sytuacją, że przychodzi do Pan grupa radnych i mówi, że chce zrealizować to i to, bo jest to wyjście naprzeciw oczekiwaniom wyborców.
- Podczas pięciu lat pełnienia przeze mnie funkcji burmistrza nigdy z taką sytuacją się nie spotkałem. Pan uczestniczy w posiedzeniach rady i widzi Pan jak mało twórczy są nasi radni. Wielu z nich nawet nie wie, jak funkcjonuje administracja i ma bardzo mętne pojęcie o samorządności. Wielu z nich wydaje się, że bycie radnym ogranicza się do przychodzenia na posiedzenia komisji i sesje. Są najczęściej nieprzygotowani do pracy w samorządzie. Powiem Panu więcej - wielu z nich nawet nie byliby wybrani na sołtysów, gdyby wyborcy poznali ich prawdziwą, a mocną skrywaną, naturę. Wracając do inicjatyw, to powiem, że wykazywali ją, ale przy próbach załatwianiu własnych interesów.
- Przykład proszę?
- Proszę bardzo. Podniesienie diet radnych z 200 na 400 zł. Chociaż bardzo zabiegano by była to kwota w wysokości 600 zł. To jeden z powodów niechęci dużej części radnych do mojej osoby. Przykład drugi. Jest w gminie komisja mieszkaniowa. Wprowadziłem zasadę, iż za pracę w komisji nie będzie wynagrodzenia. Pan wie jakim oburzeniem zawrzeli radni?
- Nie, nie wiem.
- Radni Barna i Patronowski mało mnie nie zjedli. Poobrażali się na mnie śmiertelnie.
- Ale przecież to Pan popierał Patronowskiego na stanowisko wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej.
- Tak..., te trzykrotne podchody. Radni wyautowali go dwa razy. Każdy inny by się wycofał. Byłem w szoku. To było niepotrzebne.
- Przez pewien czas popierała Pana "Samoobrona". Czemu to się skończyło?
- Oni byli nieobliczalni. Nigdy nie wiadomo kiedy i pod jakim pretekstem nie dotrzymają danego słowa i zapomną o uzgodnieniach. Na początku mojej 1. kadencji opuścili koalicję i już wówczas miałem w radzie mniejszość. Powiedziałem sobie: mniej grantów do rozdawania.
- A czego żądali?
- Stanowisk. Marzył im się wiceburmistrz. Problem z nimi polegał na tym, że oni nie mają ludzi przygotowanych do pełnienia jakichkolwiek funkcji a apetyt przerażający. Myślałem, że Adam Mazur jakoś ich stonuje, bo tylko on w tym towarzystwie coś sobą reprezentował. Też się zawiodłem na nim, bo zdradził mnie. Kiedy 19 lipca 2007 roku Sąd Apelacyjny utrzymał w mocy moje skazanie Adam też się ode mnie odsunął. Nie on jeden zresztą, bo również Papmel, Barna, Patronowski. Wyczuli, że wiatr się zmienia, okręt tonie i ... .
- Rozumiem. Wszyscy znamy to powiedzenie. Porozmawiajmy o cmentarzu. Dlaczego zdecydował się Pan na wypowiedzenie umowy z Alfredem Bieleckim, wieloletnim dzierżawcą cmentarza komunalnego?

Ciąg dalszy - za kilka dni.

Rada w konspiracji

31 grudnia odbyła się niespodziewanie 17 sesja Rady Miejskiej. Bez gości, naczelników wydziałów, sołtysów i publiki - z wyjątkiem oczywiście mnie. Sesja zwołana została na wniosek sekretarza urzędu Tadeusza Otty, który stwierdził: "ja jestem sprawcą tego zamieszania". Sekretarz poinformował 16 obecnych radnych o konieczności dokonania przesunięć w budżecie na rok 2007. Głównie chodziło o przeniesienie z działów środków na wypłaty dla radców prawnych, parkingowych i osoby opiekującej się zegarem na Wieży Głogowskiej. Kwota przesunięć to 3300 zł. W upływającym roku należało również rozliczyć m.in. koszty zakupu iluminacji świetlnej, która od grudnia upiększa nasze miasto, koszty szkoleń. Korekty wymagały również kwoty składek na ZUS oraz Fundusz Pracy w kwocie 11 tys. Z tej okazji radny Zenon Berus spytał, jak to się stało, że jeszcze miesiąc temu mówiono, że na nic nie ma pieniędzy, a obecnie okazuje się, iż kasa jest. Odpowiedziało mu ciche i niewymowne milczenie. Ciekawość radnego Berusa nie została zaspokojona. Sekretarz Otto przypomniał również, że sesja musiała zostać zwołana gdyż nasza gmina nie ma komisarza, który mógłby takich drobnych przesunięć budżetu dokonywać samodzielnie. Poinformował zebranych, że wojewoda dolnośląski wskazał kandydata na komisarza. Nazwiska wskazanego sekretarz nie wymienił. W chwili obecnej dokumenty związane z kandydatem znajdują się w Ministerstwie Sprawa Wewnętrznych i Administracji. Trwa tam sprawdzanie nadesłanych przez wojewodę dokumentów pod kątem ich prawomocności. Tadeusz Otto napomknął również, że od kilku dni próbuje zasięgnąć informacji na temat ewentualnego terminu mianowania komisarza, ale sprawa jest ciężka. W ministerstwie nie ma ludzi, którzy się tym zajmują. Mają wolne z okazji świąt. Tu wypada mi zgodzić się z sekretarzem, gdyż sam tego doświadczyłem dzwoniąc do Ministerstwa Skarbu. Najczęściej nikt nie odbiera, a gdy już odbierze to okazuje się, że ma tylko dyżur przy telefonie i może co najwyżej powiedzieć która jest godzina. Praktyczna realizacja wyborczego hasła PO: "By żyło się lepiej. Wszystkim".