środa, 24 lutego 2010

Szykują się jaja

Fragment z protokołu obrad Zarządu Powiatu 27 stycznia 2010.
Obecni: Beata Pona, Tadeusz Birecki , Teresa Sibilak, Stefan Mrówka, Jan Sowa.

Sprawa przekazania majątku SP ZOZ dla nowej spółki.

"Pani Starosta poinformowała iż w ostatnim czasie odbyło się kilka spotkań z Radą Społeczną SPZOZ w Górze oraz ze związkami zawodowymi podczas których omawiano projekt uchwały o likwidacji SPZOZ w Górze i wprowadzono kilka poprawek do pierwotnej wersji. Zmianie uległ termin otwarcia likwidacji, który ustalono na dzień 1.04.2010r. oraz terminy zakończenia działalności zespołu i zakończenia czynności likwidacyjnych zespołu. Nowy termin to 31.03.2011r. Zmian dokonano w § 2 i w § 3 ust.2.Pierwotny zapis § 3ust.2 brzmiał:

Mienie Zespołu przejęte po likwidacji przez Powiat Górowski oraz mienie powiatu dotychczas użytkowane przez Zespół zostaną udostępnione podmiotowi o którym mowa w § 2 ust.2 na warunkach określonych przez Zarząd Powiatu Górowskiego”.

Uzgodniona nowa treść pragrafu 3 p. 2 brzmi:


Mienie ruchome Zespołu przejęte po likwidacji przez Powiat Górowski zostanie aportem wniesione do spółki natomiast nieruchomości zostaną udostępnione podmiotowi o którym mowa w § 2 ust.2 na warunkach określonych przez Zarząd Powiatu Górowskiego”.

Przekazanie aportem tylko mienia ruchomego nie ułatwi rozpoczęcia działalności dla nowego podmiotu. Trudno będzie też uzyskać kredyt. Po przeprowadzonej dyskusji ustalono nową treść zapisu § 3 ust.2:

Mienie ruchome i nieruchome Zespołu przejęte po likwidacji przez Powiat Górowski zostanie aportem wniesione do spółki”.

Przeprowadzono głosowanie za przyjęciem autopoprawek :
-za- 5 głosów
-przeciw-0 głosów
-wstrzymał się -0 głosów
Projekt uchwały z autopoprawkami został przyjęty. Projekt uchwały należy przesłać do Wojewody, do gmin z terenu powiatu górowskiego, do związków zawodowych oraz do wszystkich Komisji Rady Powiatu w Górze
. "

Ludziom dobrej woli

Koncert Charytatywny na rzecz pana Wiesława Bednarczyka zakończył się sukcesem. Ludzie, którzy zorganizowali te przedsięwzięcie zasługują na słowa najwyższego uznania i szacunku. Chwała tym, którzy wpadli na pomysł i doprowadzili do jego realizacji.
A pan Wiesław?
Pan Wiesław Bednarczyk oraz jego rodzina są niewymownie wdzięczni wszystkim za wsparcie i słowa otuchy. Oto podziękowanie, jakie przesłali mi z prośba o publikację.

Szanowni Państwo,
Z głębi serca dziękujemy wszystkim za to, co dla nas Państwo zrobiliście. W życiu każdego człowieka, rodziny są momenty, które go przerastają i wydają się nierozwiązywalne. Ludzie, których życie skomplikował zły los, często pozostają w swoich zmaganiach samotni. Samotność w takich chwilach potęguje ból i cierpienie.
Dzięki organizatorom Koncertu Charytatywnego nasza rodzina nie pozostała sama. Otrzymaliśmy nieoczekiwane wsparcie materialne. Ale więcej znaczy dla nas zapał ludzi, którzy nas wspomogli. Już nie czujemy się samotni, bo wiemy, że Państwo są z nami. I to jest najpiękniejszy efekt akcji. Poczucie przynależności do wspólnoty da nam siłę, by przetrwać to, co najgorsze przed nami.
Raz jeszcze wszystkim dziękujemy. Bóg zapłać.
„Niech Państwa anioły do snu ukołyszą”
.
Czesław, Grażyna, Sebastian Bednarczykowie

Dziki Zachód. Zakorzenianie - cz. X

Bardzo ważną i istotną sprawą była odbudowa szkolnictwa. Już w połowie czerwca 1945 roku, otwarto pierwsze państwowe przedszkole w Górze, jak się później okazało było pierwsze na Dolnym Śląsku.

Janina Horbowska - Zaranek organizatorka tego przedszkola po piętnastu latach wspominała:

Po przyjęciu propozycji zorganizowania przedszkola dla dzieci polskich osadników w Górze zaczęłam przy pomocy matek szukać odpowiedniego lokalu. Wybór padł na jeden, choć niezbyt duży budynek przy ulicy Kościuszki, a to dlatego że w budynku tym znalazło się trochę, częściowo połamanych, mebelków, dziecinnych stolików i ławeczek. Zaczęła się więc od razu praca: sprzątanie, reperowanie sprzętu, oczyszczenia podwórka i ogrodu. Dużo było pracy, ale ta praca szła nam raźno i wesoło, pomagały ochoczo matki i ojcowie przyszłych przedszkolaków oraz przyszłe wychowawczynie – Maria Czerniakiewicz, Aniela Sołtowska. Dzieci było zapisanych około sto. W dniu 15.06.1945 r. odbyło się uroczyste otwarcie tej pierwszej na Dolnym Śląsku placówki przedszkolnej. Szyld na naszym budynku brzmiał: Przedszkole Polskie w Górze”.

Również w czerwcu 45 r. powstał inspektorat szkolny. W "Kronice..." czytamy, że:

Dnia 23 czerwca 1945 r. ob. Krechowicz Walerian, inspektor szkolny, uruchomił w Górze inspektorat szkolny powiatu górowskiego. W własnym zakresie działania uporządkował i doprowadził, do stanu używalności domu, przeznaczonego na inspektorat, a następnie przy pomocy nauczyciela Szczecińskiego Stanisława szukał i znosił znalezione sprzęty na umeblowanie biurowe. Niezrażony różnymi trudnościami przystępuje do rejestracji nauczycieli, znajdujących się na terenie powiatu, do organizacji szkół i zapisuje młodzież do gimnazjum.
W związku z działaniami wojennymi, poniemieckie budynki szkolne doznały dość dużych zniszczeń, gdyż od lutego do czerwca 1945 r. były one przedmiotem kwater wojskowych
”. […]
Anna Danuta Nowak snuła wspomnienia:

Rosjanie bardzo wszystko niszczyli, wszystkie przyrządy, mapy, wszystko było z tyłu wywalone przez okno i do widzenia”.

W "Kronice..." czytamy:

„[...] a w dodatku niektóre osoby z ludności cywilnej zabrały, z zamiarem przywłaszczenia sobie, nie tylko cenne pomoce naukowe, jak: lampy projekcyjne, aparaty filmowe, ale nawet gablotki, szafy i ławki szkolne, pianina i itp. Sale szkolne i mieszkania prywatne nauczycieli niemieckich przedstawiały niecodzienny widok i wywierały przykre uczucie. Szyby przeważnie wybite, w wielu wypadkach okna powyjmowane nawet z futrynami, albo też połamane, drzwi uszkodzone lub wyłamane, klamki usunięte; ściany uszkodzone nie mniej jak i sufity, a ponadto przeważnie ściany zabrudzone atramentem, kawą i innym płynem, nie dającym się z łatwością usunąć; ławki, stoły i katedry połamane lub poważnie uszkodzone; biblioteka szkolna, okazy obrazowe i okazy naturalne z zakresu botaniki, zoologii, przyrody martwej i żywej, chemii i inne, zniszczone. To wszystko znajdowało się na podłogach […]”

Budynki szkolne, które miały być przystosowane do nauki były w opłakanym stanie.

Janina Nickowska - organizatorka pierwszej szkoły w powiecie górowskim - tak opisywała przyszłą szkołę:

Budynek piękny z zewnątrz i wewnątrz przedstawiał okropny widok. Stosy śmiecia, gruzu, słomy i papieru, wszędzie brud i zniszczone zamki, nawet drzwi powyłamywane”.
Nauczyciele wraz z rodzicami, wspólnym wysiłkiem, uporządkowali i doprowadzali do użytku budynki szkolne, wraz z otoczeniem. W Publicznej Szkole Powszechnej III stopnia, znajdującej się w Górze wyglądało to tak: „sporządzono ustępy, szatnie, 4 tablice, szyldy, umeblowano kancelarię szkolną pokój nauczycielski, jadalnie, zaopatrzono szkołę w ręczniki. Miednice, umywalki, godła, obrazy religijne lub krzyże, wyreperowano 6 drzwi, 6 okien, piwnice, zaopatrzono 14 drzwi w zamki, klamki i klucze, oczyszczono place i boiska szkolne
”.

Nauczyciele i sami uczniowie borykali się z wieloma trudnościami i problemami.
W "Kronice..." zostało odnotowane:

Inspektor szkolny, nauczycielki i nauczyciele, jak apostołowie pracowali z pełnym oddaniem się i z całym samozaparciem nad odbudową szkolnictwa; naukę rozpoczęli i prowadzili w trudnych warunkach, nie mając ani uznania, lub też pomocy z zewnątrz.[…] Początkowo praca była bardzo ciężka i trudna. Dotkliwie odczuwalny był brak podręczników naukowych, zeszytów, pomocy naukowych i itd. Nauczycielstwo w terenie nie miało zapewnionej aprowizacji żywnościowej, w mierze dostatecznej, a za tym liczyć musiało na pomoc ludności, a poza jednostkami, ludność, w stosunku do nauczycielstwa zajęła stanowisko obojętne”.

Swoją pracę w pierwszej powstałej szkole w powiecie górowskim, Janina Nickowska wspominała tak:

Początkowo nauka była bardzo trudna. Dzieci przeważnie spod okupacji niemieckiej, mimo wieku 12-15 lat czytać i pisać po polsku nie umiały. Stworzyłam z nich klasę III. Inne, nie znające zupełnie liter polskich zapisałam do klasy I. Nauka trwała do 16 lipca 1945, gdyż w tym dniu dostałam zezwolenie z Inspektoratu Szkolnego w Górze na rozpoczęcie wakacji”.

"Kronika..." przekazała:

Z rozpoczęciem roku szkolnego 1945/46 otwarto 23 szkoły w których 35 sił nauczycielskich uczyło 1426 dzieci. Dnia 10 września 1945 r. w Górze otwarto Gimnazjum Państwowe (ogólnokształcące). Dyrektorem jest ob. Machniewicz Edward. Gimnazjum ma klas 4
(I, II, III i IV) i 10 sił nauczycielskich. Podobnie, jak nauczycielstwo szkół powszechnych, grono profesorskie własnymi rękoma czyściło salę, znosiło sprzęt szkolny i wykonało wiele innych prac fizycznych, by budynek nieodpowiedni przystosować do potrzeb szkolnych
”.

Jedną z uczennic ówczesnego gimnazjum była Krystyna Błasiak - Tarnawska. Do dziś zapamiętała jak wyglądało życie szkolne:

Jak przyjechałam zaraz pomyślałam o szkole. Wcześniej się do ruskiej chodziło. W klasie były dwa oddziały. Jedna połowa Ukraińcy, a druga połowa Polaków. Nauczyciele też mieszani. Dyrektorka Ruska i Polak dyrektor. Zaczęłam się dowiadywać gdzie tu naukę rozpocznę. Stworzyli gimnazjum na ulicy Bojowników. W tym budynku były cztery klasy. Był internat dla pozamiejscowych, nauczyciele tam mieszkali. Niektórzy moi rówieśnicy szli do IV klasy gimnazjum, niektórzy do I klasy gimnazjum, bo niektóre osoby czuły się słabo. Ja poszłam do II klasy gimnazjum Zeszyty w gruzach się znalazło. Z jednej strony były zapisane, a z drugiej były czyste. Na takim czymś się pisało. Ratowało się jak mogło. W tamtych czasach książek nie było, tak jak teraz, a przedtem na dziesięciu uczniów była jedna książka, no to musieliśmy się schodzić do kogoś innego, odrabiać lekcje i uczyć się. Więc nieraz na ulicy Wrocławskiej, koleżanki mieszkały, trzeba było umawiać się na pewną godzinę i lekcje odrabiać. Nieraz tak zeszło, że do godziny 10 wieczorem. Przez rynek szło się do domu. No to chłopcy jak to chłopcy: »Dyru!!!« i nogi w te gruzy. Później, na drugi dzień, w holu pan dyrektor mówił: »Żeby taki się wstydził, że jak to jest że uczeń idzie i krzyczy z daleka«. A my nie raz szliśmy i po co uciekać. Lepiej powiedzieć od razu dlaczego idziemy. Dyrektor nas spotkał i mówi: »A to skąd uczenniczki idą?« »No od koleżanki, bo lekcje odrabialiśmy, a książek nie mamy, więc musimy się wspólnie uczyć się.« » To w porządku, a teraz gdzie idziecie?« »Do domu.« »To idźcie.«
Jak była godzina 10 wieczorem uczeń nie miał prawa ulicą iść. Nie można było młodzieży chodzić na zabawy prywatne, a jak nie to zaraz na drugi dzień na dywanik i wszystkim dyrektor mówił, że taki i taki zawinił, o tej porze szedł.
Do szkoły się chodziło od poniedziałku do soboty. Lekcje były od godziny 8:00 do godziny 14:00. W soboty do 13:00. Obowiązkowe były fartuchy granatowe, berety z orłem. Przedmioty między innymi z łaciny. Obowiązkowo j. angielski, j niemiecki, j. rosyjski. Religii uczył ksiądz Kazimierz Walkow, który przyjechał razem z nami ze wschodu. Dzwonki były jak w kościele, woźny tarabanił. W zimowe pory mogliśmy chodzić do godziny 20:00.
Kiedyś dyrektor urządził zabawę dla młodzieży. Zorganizowali orkiestrę szkolną, chór. Na występy wyjeżdżaliśmy, jak jakiś dzień był szczególny. Występy były różne tańce, piosenki: krakowiaki, góralskie, mazura, cygańskie. Była ta zabawa. Pan dyrektor przyszedł w połowie występu i mówi tak: »teraz rozdzielamy klasy«. Więc młodzież się zbuntowała, to była jedność wśród młodzieży, pyskować i krzyczeć do nauczyciela nie było w modzie jak teraz, musiał być szacunek. Byli uczniowie – ulubieńcy dyrektora. Pan dyrektor lubił takiego Zbyszka. Wtedy ogłosił tą rozdziałkę, wszyscy zaczęli szeptać i umówiła się młodzież, że wszyscy idą do domu. Bez tam żadnych wymówek. Ubierali się, a dyrektor stoi, łysy był klepał się po głowie i do Zbysia mówi: »Zbysiu chodź no tu.« »Słucham panie dyrektorze.« »Gdzie ta młodzież wszystka idzie?« »Panie dyrektorze nie wiem dokąd?« » Idź no i sprawdź! Dowiedz się, ty wiesz! Tylko nie chcesz mi powiedzieć!« Zbyszek podszedł do nas i mówi: »co ja mam powiedzieć?«. »No to powiedz prawdę, że idziemy do domu, że ta forma się nam nie podoba, dlatego że wiekiem jesteśmy nierówni czy ten z I klasy czy IV klasy i że mamy być równi. Mamy tańczyć z tym czy z tym, to niepotrzebnie.« No to ten ulubieniec powiedział dyrektorowi. A dyrektor: »no to idą do domu czy gdzieś na prywatkę?«, ale on nie uwierzył i jak to wszystko się rozeszło to dyrektor obszedł wszystkie punkty w Górze, gdzie mogły być organizowane zabawy
”.

C.d.n.

Po prostu komfort


Każdy w naszym mieście – i nie tylko w nim – wie, że aby nabyć cyfrowy Polast należy udać się do rynku. I tak będzie dalej, tyle, że w odmiennych warunkach i przyjemniejszej atmosferze,
Dzisiaj Waldemar Bartkowiak – właściciel sklepu Neonet – otworzył salon sprzedaży cyfrowego Polsatu.

Salon znajduje się w znanym Państwu sklepie, ale w jego wydzielonej części, która została bardzo ładnie zaaranżowana, by podnieść poziom obsługi klientów i zapewnić im niezbędny komfort przy podejmowaniu decyzji o rodzaju pakietu, z którego będą chcieli korzystać, jak również przekątnej telewizora, jeżeli zdecydują się na taki zakup.

Dotąd klienci cierpieli na pewne niedogodności związane z koniecznością dokonywania transakcji na stojąco i w często zatłoczonym sklepie. Od dzisiaj to się zmieniło. Klient może sobie zasiąść w wygodnym krześle i spokojnie przepytać wielce kompetentnych subiektów o sprawy, które są dla niego niejasne.

Ale to nie wszystko. Jeszcze w tym roku w salonie rozpocznie się sprzedaż polsatowskiego internetu. Firma Zygmunta Solorza zbuduje na terenie zamkniętej cukrowni maszt przekaźnikowy. Ma to nastąpić do końca bieżącego roku. W ten sposób zwiększy się na naszym lokalnym rynku internetowym konkurencja oferująca dostęp do internetu. A jak wiadomo: czym więcej rywali, tym lepiej wychodzi na tym klient.

Na dzisiaj poprawiła się jakość i estetyka obsługi klienta w Neonecie, co każdy z Państwa z całą pewnością zauważy.

Będzie odbudowa

Budynek przy ulicy Konopnickiej, gdzie w grudniu wybuchł gaz wciąż jest niezamieszkały. Jest już ekspertyza, która określa jego dalsze losy. W ekspertyzie czytamy:

„Wybuch gazu, który miał miejsce w lokalu mieszkalnym uszkodził znaczną część obiektu. Prawie cała część środkowa pomiędzy klatkami schodowymi jest w stanie katastrofalnym. Doraźnie zabezpieczenie ścian zewnętrznych budynku, które wykonano, utrzymuje ściany osłonowe przed ich zniszczeniem.

Wybrzuszenie tych ścian jest tak duże, że nadają się one do całkowitej rozbiórki. Dotyczy to również niektórych ścian wewnętrznych, które uległy zniszczeniu w wyniku wybuchu. Wiele ścian działowych zostało całkowicie zniszczonych lub są w stanie awaryjnym.

Ponieważ cała środkowa część budynku jest w stanie katastrofalnym wykwaterowana wszystkich mieszkańców, odłączono wszystkie media a teren zabezpieczono przed dostępem osób postronnych.

Zniszczenie części środkowej zaczyna się od stropu nad piwnicami poprzez ściany konstrukcyjne i osłonowe, po stropy nad parterem i piętrem. Z elementów konstrukcyjnych nie ucierpiała jedynie więźba dachowa, która jest w dobrym stanie technicznym.

Należy przypuszczać, że wybuch spowodował rozszczelnienie istniejącej instalacji gazowej i zniszczył – w środkowej części budynku – instalację elektryczną.

Wybuch gazu oszczędził jedynie dwa lokale mieszkalne, w których nie stwierdzono żadnych spękań. Te mieszkania, po przeprowadzeniu badań wszystkich i odpowiednim zabezpieczeniu dostępu do zagrożonych lokali oraz odpowiednim zabezpieczeniu terenu, można dopuścić do użytkowania.

W końcu ekspertyzy znajdujemy podsumowanie:

„Należy stwierdzić, że poważna część budynku , zwłaszcza w jej części środkowej, nadaje się do rozbiórki i ponownego odtworzenia w oparciu o projekt budowlany i stosowne pozwolenia na budowę. W obecnym stanie wszystkie lokale mieszkalne w klatce 5 oraz lokale mieszkalne nr 5a/1, 5a/2, 5a/4, 5a/5 nie nadają się do użytkowania”.

Z informacji, które udało mi się uzyskać wynika, iż wspólnota mieszkaniowa otrzymała już odszkodowanie z Warty. Jego wysokość wyniosła ok. 500 tys. zł. Na dzień dzisiejszy nie sporządzono jeszcze projektu budowlanego, na podstawie którego można rozpocząć odbudowę budynku. Nie znany jest koszt tej odbudowy a więc nie wiadomo czy pieniędzy z odszkodowania wystarczy na remont budynku, którego stan – jak widać z ekspertyzy – jest w złym stanie.

Warto przypomnieć, iż w budynku znajduje się 12 mieszkań a sam budynek ma kubaturę 3477 m sześciennych. Dla porządku i przecięcia spekulacji dotyczących czasu powstania budynku (tu pomylił się również autor cytowanej powyżej ekspertyzy) należy stwierdzić, iż konserwatorzy zabytków wskazują, iż budynek, który został uszkodzony przez wybuch, jak i jego bliźniak, zostały wybudowane w latach 1925 – 28.

wtorek, 23 lutego 2010

Ciepło i mokro

Instytut Meteorologii i gospodarki wodnej we Wrocławiu wyda komunikat, w którym informuje o zagrożeniu spowodowanym przekroczeniem stanu ostrzegawczego na rzekach znajdujących się w dorzeczu górnej i środkowej Odry. Stopień zagrożenia określono w trzystopniowej skali, jako 2 (stopień 3 jest najwyższy).
Na skutek wzrostu temperatury meteorolodzy przewidują spływ wód spowodowany topnieniem pokrywy śnieżnej. Będzie to powodowało dalszy wzrost stanów wód w rzekach nizinnych i podgórskich.

I tak meteorolodzy przewidują, że na rzece Orli (poziom rzeki mierzony w Korzeńsku) może być przekroczony stan alarmowy, który wynosi 260 cm (ostrzegawczy – 220 cm).
Wzrost stanu wody powyżej stanu ostrzegawczego przewidywany jest na Baryczy (ostrzegawczy – 260 cm, alarmowy – 330 cm).
Ważność: od godz. 11:15 dnia 23.02.2010 do godz. 11:00 dnia 24.02.2010
Odrą od Głogowa przemieszcza się fala wezbrania przy stanach wody poniżej stanów ostrzegawczych (stan ostrzegawczy dla miejscowości Ścinawa – 350 cm, alarmowy – 400 cm).

Skutkiem roztopów i przyboru wody pojawia się niebezpieczeństwo przebywania nad brzegami rzek, utrudnienia w prowadzeniu prac w korytach rzek, podtopienia terenów bezodpływowych i obniżonych
Na godzinę 6,00 dnia dzisiejszego poziomy rzek płynących przez nasz powiat wyglądały następująco:
- Odra w Ścinawie: 358 cm (przybyło 8 cm),
- Barycz (Osetno): 200 cm (ubyło 60 cm), pokrywa lodowa na 40% powierzchni rzeki,
- Barycz (Łąki): 206 (ubyło 74 cm), stan ostrzegawczy – 280 cm, alarmowy 310 cm,
- Orla (Korzeńsko): 246 cm (przybyło 26 cm), zlodowacenie – 50%.
Poniżej prognoza pogody dla Góry na najbliższe 3 dni.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Rozpoczęli!

Rozpoczęły się prace przy drogach dojazdowych z planowanego mostu w Ciechanowie. Od kilkunastu dni podwykonawca z Legnicy usuwa drzewa na odcinku drogi Osetno – Rogów Górowski. Do dzisiaj ścięto ok. 70 – 80 drzew owocowych.

Wycinka związana jest z poszerzeniem drogi wiodącej od mostu w Ciechanowie do Góry. Drogi zostaną poszerzone. Każdy z pasów drogowych będzie miał szerokość 3,5 m. Do tego dochodzą jeszcze pobocza o szerokości 2 m. W chwili obecnej – ze względu na grubą warstwę śniegu – nie wykonuje się jeszcze tzw. „korytkowania”. Drzewa usuwane będą na odcinku od Osetna do Starej Góry.

Termin zakończenia przebudowy drogi – listopad 2011 roku.
I tak powoli ziszcza się nasz liczący dziesięciolecia sen o moście.



piątek, 19 lutego 2010

Dziki Zachód. Zakorzenianie - cz. IX

Władze miasta wraz z ludźmi dobrej woli przystąpiły do natychmiastowych prac w zakresie zdrowotności publicznej, aprowizacji ludności, opieki społecznej, porządku, spokoju i bezpieczeństwa mienia i życia ludzkiego.

Czesław Kapała rozpoczął pracę w Milicji Obywatelskiej, jako funkcjonariusz od samego początku jej powstania w Górze.

Pracowaliśmy bez ograniczeń. Każdy był ubrany po cywilnemu, na ramieniu nosiło się biało-czerwoną opaskę z napisem MO. Również nosiło się czapki-rogatywki wojskowe. Miałem pozwolenie na broń „Mauser”. Wynagrodzeniem był prowiant: cukier, herbata, kawa, chleb, dostawaliśmy przydział. Były trudności z chlebem. Według rodziny dawali. Ja dostawałem bochenek średni, a były jeszcze duże. Dostawało się jeszcze kawałek kiełbasy, mięsa jako prowiant. Pamiętam jak przywieźli z unry paczki. Pierwszorzędne żarcie: ryż, cukier, sery różne, kiełbasy. To było z Ameryki. Obowiązkiem naszym było pilnować wszystkiego. Drogi wyjazdowe z miasta były obstawiane. Trzeba było pilnować, żeby nic nie było podpalone. W Milicji woziłem władzę. Jeździłem Oplem DKW, to były specjalne samochody poniemieckie. Woziłem „asów” – starostę, burmistrza. »Dobra, ty możesz jechać« W Milicji nic nie miałem do gadania, tylko wieź i koniec. My z karabinami jako milicjanci, najwięksi szabrowniki. Kto my? Być przy korycie i nie żreć? Ale udawali najwięksi… Okupantka tu była, a my broda wysoko, jak my szliśmy… władza idzie. Szabrowniki numer jeden. Być przy korycie i nie żreć z koryta, głupi by był. Temperowało się różne cuda”.

Dalej Czesław Kapała wspomina, że zajął dom na ulicy Osadniczej [ dzisiejsza ulica Kochanowskiego], nie mieszkał tam, lecz napisał kartkę na drzwiach, że zajęte, (tak często robiono w tamtych czasach w sprawach wolnych mieszkań). Popadł w spór z samym starostą – Augustem Herbstem:

Ja miałem klucz. Herbst sobie go upatrzył, spodobał mu się. My się kłócili. Zajął i mieszkał tam do śmierci. Zwolnili mnie z milicji. Normalnie mieli uszykowane zwolnienie. »Masz i wynoś się, nie chcę cię znać.« A on był fajny ten komendant Rogucki”.

Po utracie pracy, Czesław Kapała dostał pracę gdzie indziej. Znowu jako „kierowca”:

W pogotowiu potrzeba kierowcy, a tym bardziej bardzo dobrze znali te wszystkie „asy”, bo ja z nimi jeździłem, to wiedzieli że ja jakaś dobra agentura. Dostawałem grosze, ale były. Robiłem bez ograniczenia. Jeden byłem tylko. Sam musiałem się męczyć. Teraz jest ich ile?! Do Leszna, do Rawicza i po wioskach, wszędzie gdzie się dało. Człowiek był zmęczony po pracy, kładł się spać, a tu do drzwi pukają. Żona musiała budzić. Jeździłem wojskową sanitarką, amerykańską. Jeździłem do Wrocławia, Poznania po przydziały lekarstw. Pewnego razu zostałem wezwany do Chobienia. Okazało się tam, że szabrowniki dopadli jakiś statek na uboczu. Obłowili się fosforem. Trzech ich było. Przywiozłem do szpitala. Mnie od razu dezynfekcja. To było straszne jak żywy człowiek się pali. Wszyscy zmarli”.

7 maja 1945 roku otwarto w Górze Urząd Pocztowy.
W czerwcu 1945 r. został uruchomiony szpital składający się z 20 łóżek. Znaleźli się do pracy lekarze.
W sierpniu 1945 r. władze polskie przejęły od wojskowych władz radzieckich największy zakład przemysłowy – cukrownię.
W dniu 8 września 45 r. uruchomiono centralę telefoniczną.
Pod koniec października 1945 r. została uruchomiona mleczarnia, a już pod koniec października ruszył „skup i produkcja” mleka. Do końca roku mleczarnia miała już czterdziestu dostawców.

Również ruszyły inne zakłady przemysłowe. Regina Mieszkiewicz wspominała:

Brat poszedł do młyna pracować. Ludzie nakosili zboża. Na początku za darmo pracowali. Mój brat prosił tego co rządził, żeby pszenicy dał, to dał i przyniósł dwa worki i była mąka”.
20 września otwarto w Górze regularny ruch pociągów pasażerskich. JANINA SAWICKA, pochodziła ze Wschodu, z Kosowa Polewskiego, w czerwcu 1945 r. przybyła transportem kolejowym do Góry. Dostała pracę na kolei jako kasjerka: „Ja byłam zatrudniona od jesieni. Pracowałam jako kasjerka. Jedna byłam zatrudniona, pracowałam nieraz po 12 godzin. Ruch w ten czas był bardzo. Autobusów nie było. Ceny biletów nie pamiętam. Kto pracował, Ameryka przesyłała dużo żywności. Prowiant z Leszna dowozili. Sporo my tego dostali. Mąki, ryżu, cukru, śledzi i wieprzo-wej rąbanki
”.

W zarządzie drogowym znalazł robotę : „W zarządzie drogowym na ulicy Starogórskiej dostałem pracę jako dróżnik na szosie. Rozpocząłem pracę od 1 września 1945 r. Byli malarze, malowali, szlifowali z desek nowe tablice. Po wsiach chodziłem. Miałem odcinek z Góry do Rydzyny, prawie wszędzie na skalę okrąg musiałem zrobić. Paskudną robotę miałem. Trzeba było odkręcać drogowskazy z nazwą wioski, które były po niemiecku i polskie zawieszać. Pracowałem tak do samej zimy. Ruch wtedy był o Jezus! Trzeba było się namordować. Jak się kupiło rower poniemiecki od Ruskich to inaczej było. Pensje otrzymywałem 900 zł. Pierwsze pieniądze to były. To nie było nic”.

Oprócz powstających w Górze instytucji, zakładów itd., powstawały w mieście sklepy, rozwijał się handel.

Edward Korotecki wspominał:

Czasami mój stryjek, któremu dobrze się powodziło, prowadził młyn, dawał mi 20 zł na tzw. konfety. Tak nazywały się cukierki zawijane. W niedzielę zawsze szedłem i kupowałem. Pierwszy sklep z tymi cukierkami był na ulicy Piłsudskiego, gdzie okulista jest. Cukierki nie były sprzedawane jak teraz. Były słoje, a w nich cukierki. Sprzedawca nabierał szufelką i wrzucał do torebki i ważył 10 dag cukierków. Były miętowe, owocowe, itd. To było moje wielkie szczęście”.

Leokadia Pojasek relacjonowała:

Brat sprzedawał dla miasta mleko i grosze były. Kupowało się chleb, masło i z tego się żyło. Były sklepy, teraz tych sklepów nie ma”.

C.d.n.

Czy będziemy mieli powódź? - cz. II


Powróćmy do wczorajszego posiedzenia Powiatowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego. Muszą Państwo wiedzieć, że z urzędu szefem tego gremium jest starosta górowski. Obecnie funkcję tę pełni Beata Pona. Ona też otworzyła zebranie witając zaproszone na obrady osoby.
Następnie Tadeusz Juska – dyrektor „kryzysów” oddał głos Jerzemu Ruszczyńskiemu – kierownikowi Rejonowego Inspektoratu Dolnośląskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w Górze.

Jerzy Ruszczyński przedstawił ocenę technicznej sprawności wałów przeciwpowodziowych oraz urządzeń hydrotechnicznych na terenie naszego powiatu.
Stan wałów przedstawiłem Państwu wczoraj. Dzisiaj dodatkowe informacje.

Na terenie naszego powiatu jest 147 km wałów przeciwpowodziowych. Z tej ilości aż 93% wałów jest w złej kondycji technicznej. Po powodzi w 1997 roku i wykonano od podstaw 47 km wałów. Reszta wałów – 100 km! – pochodzi z okresu początku XX wieku i okresu sprzed II wojny światowej.

Kierownik Ruszczyński poinformował zebranych o stanie technicznym urządzeń hydrotechnicznych. Notorycznie dewastowane są jazy i śluzy. Giną worki z piaskiem, które kładzione są w newralgicznych miejscach. By temu zapobiec obecnie nacina się worki, co zniechęca amatorów juty do ich zabierania.

W dyskusji podniosły się głosy na temat możliwości podtopienia nas przez stawy milickie. Jerzy Ruszczyński odnosząc się do tych obaw stwierdził: „stawów milickich nie należy się obawiać. Bardzo by nam pomogło gdyby „stawiarze” zaczęli napełniać stawy. Nie chcą oni jednak robić tego obecnie, gdyż wolą wodę cieplejszą. Stawy milickie napełniane są zazwyczaj w kwietniu – maju. Powierzchnia stawów milickich to ok. 7 tys, ha. Gdyby zaczęli napełniać stawy, gdy Barycz wzbierze byłaby to dla nas duża pomoc”.

Inspektor Stanisław Jabłoński ze Starostwa Powiatowego powiedział, że: „sytuacja, gdy stawy milickie będą musiały pobrać wodę zdarzyć się może tylko po ogłoszeniu klęski żywiołowej”. Do tego zdania odniósł się dyrektor „kryzysów” przedstawiają zebranym nikłe szanse na ogłoszenie stanu klęski żywiołowej na terenie jakiejś gminy. „Pomimo huraganów, podstopień, nawałnic a ostatnio obfitych opadów śniegu żaden wojewoda nie zdecydował się na ogłoszenie stanu klęski żywiołowej. Jest to niezwykle trudne do osiągnięcia”.

Podniesiono sprawę zbiornika retencyjnego w Ryczeniu. Zbiornik ten może pomieścić 1 mln m sześciennych wody. W chwili obecnej jest on wypełniony w 25%. Posiada obwałowania i jest gotowy do zrzucenia do niego nadmiaru wody.

Jerzy Ruszczyński podał zebranym bardzo ciekawą informację. Jak dowiedział się od kolegi po „fachu”, który pracuje w Lesznie, oblicza się, iż na terenie tego miasta znajduje się ok. 1 mln metrów sześciennych śniegu. Nikt z zebranych nie usiłował oszacować ilości „naszego” śniegu.
Jerzy Ruszczyński poinformował zebranych o działaniach, jakie kierowany przez niego inspektorat podjął na wypadek wystąpienia powodzi i podstopień.
Ogłoszono apel o zgłaszanie się firm, które mają odpowiedni sprzęt, by te – na wypadek powodzi – chciały się włączyć do akcji. I takie firmy się zgłosiły. Zbieranie ofert kończy się dzisiaj.
Kierownik Ruszczyński poinformował również o stanie magazynu przeciwpowodziowego, który znajduje się w Luboszycach. „Mamy bardzo mało sprzętu. Na wyposażeniu magazynu znajduje się: 12.680 worków jutowych, 500 m kw. folii budowlanej i geowłókniny, 700 pochodni, 1 agregat prądotwórczy, łopaty, szufle, buty gumowe, filcowe, itp. Nie ma w magazynie koców, śpiworów, łóżek polowych, materacy. Magazyn wydaje posiadany sprzęt i materiały na polecenie dyrektora wojewódzkiego melioracji”.

Na pocieszenie Jerzy Ruszczyński powiedział, że wiosną magazyn w Luboszycach będzie: "przebudowany i wówczas dostanie on nowe wyposażenie. Obecnie istniejący magazyn jest za mały, by trzymać w nim więcej sprzętu”.
Po Jerzym Ruszczyńskim głos zabrał zastępca komendanta Państwowej Straży Pożarnej – Lucjan Sibilak.

Zastępca komendanta przedstawił zadania strażaków podczas ewentualnej powodzi. Strażacy mają pomóc przy ewakuacji ludności, zwierząt, pomagać udrażniać rowy, przepusty wodne. Zgodnie z ustawą komendant powiatowy decyduje o ewakuacji ludzi i zwierząt. Zakwaterowanie osób ewakuowanych i ich nakarmienie, zapewnienie opieki medycznej leży już w gestii samorządów lokalnych. Komendant Sibilak podkreślił, iż: „do przeciwdziałania powodzi przygotować się muszą samorządowcy. Straż zajmuje się podczas powodzi działalnością pomocniczą: uszczelnianie obwałowań, patrolowanie wałów, wypompowywanie wody z zalanych obszarów, udostępnienie środków łączności)."

Na wypadek powodzi PSP w Górze dysponuje 10 samochodami (1 z prawdziwym napędem terenowym – Star 266, 3 samochody operacyjne, 1 samochód kwatermistrzowski, 5 samochodów gaśniczych). Inny niezbędny sprzęt na wypadek powodzi to: 3 – osobowy ponton z silnikiem, 5 agregatów prądotwórczych, 2 pompy szlamowe, 24 rys. sztuk worków, 112 koców. Do walki z wodą może przystąpić 45 strażaków.

W Ochotniczych Strażach Pożarnych nie ma typowego sprzętu do walki z powodzią. Mamy 29 jednostek OSP (2 jednostki nie mają samochodu). Komendant Sibilak poinformował też, że OSP dysponuje 1 pompą szlamową i siłą 400 strażaków – ochotników. „Jednostki nie są w pełni przygotowane do walki z powodzią. Brak jest samochodów z napędem terenowym. Tylko 4 takie auta są na terenie naszego powiatu. Brakuje agregatów prądotwórczych, pomp szlamowych, kapoków, rękawów do wzmacniania wałów przeciwpowodziowych, maszyn do napełniania worków z piaskiem".

Obraz niedoboru sprzętowego niech dopełni taka oto informacja, którą usłyszeli zebrani. W Lubowie jest łódź płaskodenna, którą włada tamtejsze OSP. Wyprodukowana ona została w 1940 roku (tak! – w czterdziestym!). Dobra wiadomość jest taka, że ma nieomal nowy silnik – z 1993 roku. Dzięki ofiarności tamtejszych strażaków – ochotników jest ona w stanie nadającym się do użycia.

Kolejnym mówcą był przedstawiciel policji Janusz Szendryk. Omówił on zadania policji w obliczu powodzi. „Policja monitoruje wały na rzece Barycz. Potwierdził fakt, iż są one w złej kondycji technicznej. Na części 31 kilometrowego odcinka Odry, która przepływa przez teren naszego powiatu, wały są w bardzo złym stanie. Zadaniem policji w okresie ewentualnej powodzi będzie zbieranie informacji o zagrożeniach oraz spełnianie funkcji porządkowych (objazdy, ostrzeganie o niebezpieczeństwie, zapobieganie panice, grabieży mienia ewakuowanych mieszkańców)”.

Policja ma do dyspozycji 17 pojazdów (15 osobowych i 2 furgony. Wspomagać nas może 68 funkcjonariuszy. Jak poinformował Janusz Szendryk: „Możemy też liczyć na wsparcie, które stanowił będzie samodzielny pododdział z Legnicy. Policja dysponuje 1 pontonem 6 – osobowym. "

Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego omówił swoją rolę w przypadku powodzi. Stwierdził krótko: „My wchodzimy po powodzi i sprawdzamy stan budynków i urządzeń pod względem zagrożenia lub jego braku”.

I kiedy wydawało się, iż zwięzła i treściwa wypowiedź powiatowego „oberpolicmajstra” budowlanego wyczerpała temat, ten przerzucił się na kolejne zagadnienie. Obiektem jego wystąpienia stały się bobry. Już wcześniej, w dyskusji, mówiono o szkodliwej roli tych futrzaków na rzekach. Rżną drzewa i stawiają tam tamy. Oblicza się, że na terenie naszego powiatu jest ok. 200 żeremi. Populacją bobrów wynosi – skromnie licząc – ok. 2000 tys. sztuk. I te ponad 2 tys. zapalonych budowniczych stawia sobie domy i tamy gdzie chce! I nie pyta o pozwolenie „oberpolicmajstra” powiatowego! Bobry buduję bez pozwoleń i niezbędnych dokumentów. Tego inspektor – i to powiatowy! – płazem nie puścił. Zażądał zrobienia porządku z bobrami. Co prawda nie padło słowo: „odstrzelić”, ale sroga mina inspektora Adaszyńskiego i nerwowe skubanie brody świadczyły o tym, że i idea : „pif! paf!” nie byłaby obca jego starganej bobrzą samowolą budowlaną ambicji.

Dyrektor Juska poinformował, iż już planowano przymusową repatriację bobrów, ale nic z tego nie wyszło.
Temat bobrów zamknął Stanisław Jabłoński, który powiedział: „Do łask wraca medycyna ludowa. Będzie moda na bobrze sadło, to problem się sam rozwiąże”. Twarz inspektora nadzoru budowlanego Edwarda Adaszyńskiego okrasiła się radosnym uśmiechem.

Temat bobrów został zakończony i głos zabrał wójt Jemielna – Czesław Połczyk. Zaczał od pytanie: „po co my się spotykamy?” I sobie odpowiedział: „Sami sobie z problemem powodzi nie poradzimy”.

Ja się boję – kontynuował – że będzie gorzej niż w roku 1997. Mieliśmy w Chobieni ok. 150 ha łąk i pastwisk w międzywale. Ludzie wypasali tam bydło i dbali o te tereny. Byli tzw. „wałowi”, którzy pilnowali, by wały nie były dewastowane. Dzisiaj nie ma wałowych, a łąki i pastwiska porastają samosiejki i krzaki. Tymi terenami zarządza Poznań. To jeszcze jedna nieprawidłowość, której jakoś nikt nie stara się usunąć, pomimo, iż wielokrotnie i przez wiele lat o tym mówiliśmy. Drogi na wałach są w bardzo złym stanie. Ja wątpię, by można było nimi przejechać nawet samochodem z napędem terenowym. Nie może być tak, że się spotkamy, pogadamy i nic z tego nie wyniknie”.

Następnie wójt Jemielna przypomniał sprawę przepompowni w Lubowie. Zbudowana za 1,2 mln zł, do dnia dzisiejszego nie spełnia swojej roli, bo zaniechano dalszego kontynuowania tej inwestycji. „Nadal niedrożne są przejścia. Kanał Uszczonowski nie spełnia swojej roli. Inwestycja została zatrzymana na drugim etapie. Coś się zaczyna a nie kończy. Ja mam 18,5 km Odry na swoim terenie. Ona nas zaleje. Do powodzi nie jesteśmy przygotowani. Nikt z władz wojewódzkich nie wyciągnął wniosków z wydarzeń roku 1997.

Do słów Czesława Połczyka odniósł się wójt Niechlowa – Jan Głuszko. „Pamiętam powódź z 1997 roku. Gdyby taka sytuacja powtórzyła się dziś, to mamy do dysprozycji 3/4 środków mniej. Nie ma PGR – ów, zakładów rolnych, a prywatni przedsiębiorcy zatrudniają 3 ludzi legalnie a 5 nielegalnie. Apelowałbym, by nie tylko narzekać, ale by zająć się melioracją. Trzeba wykorzystać sytuację, by zwrócić się gdzie się da. Razem. Wszystkie gminy. Bo jak przyjdzie powódź to będzie tak, jak w 1997 roku. Winni byli nie politycy, ale wójtowie, burmistrzowie. Politycy znowu umyją rączki i powiedzą, to nie my! To wójt, burmistrz! – będą wołali. W pamięci pozostanie mi rok 1997. Mam do dzisiaj artykuł, w którym napisano, że wójt na czas nie dostarczył zupy i kawy. A że wójt w tym czasie dwoił się i troił, biegał, prosił, błagał, o ciągnik, fadromę, worki, to tego nikt nie widział. A potem wezwało mnie RiO i zażądało wyjaśnień: dlaczego wydano pieniądze na zupy dla ludzi, którzy pracowali na wałach? Dlaczego wydano pieniądze na jedzenie? I zarzut, że przekroczyłem budżet,, bo te wydatki nie zostały w nim zapisane. A że klęska powodzi była? RiO to nie obchodziło. Dzisiaj dwa razy się zastanowię nim wydam pieniądze”, bo ja swoje już przerobiłem”.

Wystąpienie wójta Niechlowa podsumował dyrektor „kryzysów”: „Ograniczają nas przepisy, nakładają nowe obowiązki ale krępują możliwości efektywnego działania.”

Przedstawiciel gminy WąsoszPaweł Niedźwiedź – poinformował o sytuacji w jego gminie. „Do Wąsosza powódź dociera później. Zły jest stan urządzeń wodnych. Są kradzieże metalowych elementów śluz o jazów. Spotykamy się z przypadkami samowolnego otwierania i zamykania urządzeń hydrotechnicznych. U nas również występuje problem bobrów. Zły jest stan techniczny wałów. W międzywałach rosną kilkunastoletnie drzewa, krzewy, wysoka trawa. Rolnicy są chętni, by te tereny dzierżawić, ale m się to uniemożliwia. Jest gorzej niż w 1997 roku.”

Tak ogólnie wygląda nasz stan posiadania przed „bitwą”, jakiej wszyscy się obawiamy. Uczestnicy spotkania zgodnie stwierdzali, że nie jest dobrze. Podkreślano, że władz wojewódzkich i centralnych powódź z roku 1997 niczego nie nauczyła. Brak pieniądz na wały, brak sprzętu i maszyn, które walkę z żywiołem uczyniłoby łatwiejszą i bardziej efektywną. Szczególnie dotkliwie może się nam dać we znaki zaniechanie prac melioracyjnych. Upadły spółki wodne a nawet jeżeli są, to nie mają pieniędzy na prace melioracyjne i tkwią w „uśpieniu”.
Być może najlepszą puentą, która zakończyła spotkanie będą słowa Jana Głuszki: „Szkoda, że nie ma już Jana Pawła II. Musimy pokładać nadzieję w Benedykcie XII, chociaż Niemiec.”

czwartek, 18 lutego 2010

Dziki Zachód. Zakorzenianie - cz. VIII

Nad bezpieczeństwem w mieście i okolicznych wsiach czuwała Milicja Obywatelska, która przybyła do Góry w maju 1945 razem z władzami miasta. Obok Milicji Obywatelskiej funkcjonował Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, który nie cieszył się sympatią ludzi. W "Kronice..." zapisano, że:

Człowiek cywilny nawet w jasny dzień bał się człowieka i do wszystkich ludzi odnosił się nieufnie”.

Diana Zwacholska opowiadała:

To była tajna policja. Oni zawsze łazili tam, gdzie ich nie prosili. Ludzie ich się bali na początku. Oni chcieli pokazać że są ważni. Jak on powiedział to i zamknęli, mnie czy tam pana za to np. że ktoś na Ruskich coś tam gada. Oni byli szpiegi. Oni ścigali np. Polacy przyjeżdżali, bimber pędzili, bo z czegoś było trzeba było żyć. Ruskim sprzedawali, a oni to prześladowali. Później brali, bili nie wiadomo co. Nie ma co powtarzać. Nie było chleba, no to trzeba było robić i Ruskim sprzedawać, żeby dostać chleb czy coś”.

Czesław Kapała:

Bali się tych UB. To było gorsze niż policja. Nikt nie wie co oni robili. Oni pamiętali jak było te gestapo. To oni tak samo. Oni mieli wzór z tego gestapo. My się bali. UB zwirzchniki z Milicją. Milicja opaski miała, a oni normalnie. Bali my się, cholera jak nie wiem. Broń też mieli, normalnie. Schowany mieli pistolet i karabiny maszynowe „Mausery”. Szabrownictwo tępili jak cholera, przy okazji dla siebie. Jednym słowem taka szumowina te UB. Wiedzieli, że oni są asy i wykorzystywali to”.

Regina Mieszkiewicz opowiadała zdarzenie, jakie miało miejsce w Górze:

Poszliśmy na zabawę. Razem też Janeczka Sawicka. Poszliśmy na zabawę gdzie kino. No i my poszli, tam na tą zabawę. Brat mój, ja, Janeczka i jeszcze jedna dziewczynka, wie pan, co było? My wychodzimy, zabawa skończyła się, a mój brat trochę podpił, poczęstowali chłopaki, koledzy i wychodzimy, a on bardzo lubił ruskie piosenki śpiewać, po rusku i zaśpiewał po rusku i tak głośno podśpiewywał. Oni byli UB cywilni. Jeden podchodzi, a już my wychodzili do domu, a on podchodził, a brat zaśpiewał po rusku, a on podszedł: »Chodź ze mną!« nachajką wybrał, »Chodź! Ze mną!.« Ja i ta druga i trzecia koleżanka nie puszczały jego. »Czego pan chce od niego, co nie może zaśpiewać? Niech sobie śpiewa!«. »Nie!«, nas odepchnął. »Bo jeszcze wy razem pójdziecie!« nachajką wybrał i do nas się rzucił, że będzie bić, jak my jego nie puścimy, a my za ręce trzymali, jego nie puszczali. Pociągnął nachajką na postrach. On rano na drugi dzień taki przyszedł pobity, niewinnie, że całe czarne plecy miał. Boże! Jak sobie przypomnę, to mnie serce boli. Cały był pobity, czarny przez tą nachajkę. Ja mu przykładała, leżał taki pobity, że strach było patrzeć. No i kazali jakiś przynieść dokument, bo nie miał ze sobą dowodu, czy coś. Jak on przyniósł, jak zobaczyli, że on w Rosji rodzony, jak zobaczyli strachu dostali. Przychodzili, przepraszali, jak on w Rosji rodzony. Ktoś jemu podpowiedział, żeby on ich do Warszawy, żeby wysłać jakieś zażalenie, że oni jakąś krzywdę zrobili. Brat już biedny do zdrowia doszedł, to dał spokój”.

Mimo trudnego początku, niełatwej adaptacji nowego otoczenia, ludzie podejmowali różne zajęcia i pracę.

Anna Danuta Nowak wspominała:

Na początku mama zaczęła ludziom szyć. Szyła wszystko co się dało, kto co miał jakiś kawałek materiału. Ja bardzo tego nie lubiłam, trzeba było dużo pomagać i duży bałagan był w domu. Ale trudno”.

Jadwiga Chmiel opowiadała o swojej pracy na wsi:

Mamie pomagałam w polu, a później chodziłam do jednej gospodyni, pracować. Chciałam się ubrać, coś zarobić, coś dla siebie mieć. U gospodyni robiłam przy świniach, karmiki gotowałam, wiadra dźwigałam, świnie karmiłam. Gnój ręcznie wyrzucałam. Gospodyni, u której robiłam, prosiła, bym pomagała przy kuchni. Gotować, ziemniaki obierać, masło robić, naczynia myć. Za to do domu jeść dali, pieniądze malutkie. A inni ludzie pracowali w polu cały dzień”.

Ludwika Grudecka wspomina:

Była bieda. Ludzie szyli spódnice z worka. Na lato mój brat plótł słomianki, warkocz z kukurydzy. Obrywał, delikatnie się plotło warkocz, zszywało się na podeszwę i pięknie wychodziły nazywane przez nas „bosonóżki”. Farbowałam worek i spódnicę szyłam. Buty drewniaki ludzie robili. Nosili ubrania łatka na łacie, że niewiadomo z jakiego materiału to było. Pletli ze słomy puszcze [buty], wsadzali w nogę, trzymało się na sznurku i bardzo to grzało.
Chodziłam do pracy do Laskowic. Pracowaliśmy od rana do wieczora. Praca polegała na tym, że trzeba było nadążyć za kosiarką, zbierać trawę, dusić i później układać. Niektórzy ludzie nie dawali rady. Ja byłam cała czerwona i spocona, tym sposobem zarobiliśmy sobie zboża i ziemniaków
”.

Zaraz po osiedleniu się, ludzie przystąpili do pierwszych prac polowych. W ogródkach ludzie zaczęli kopać, sadzić warzywa. W lipcu 1945 rozpoczęły się żniwa. Żyto i pszenica było zasiane jeszcze przez Niemców. Zadanie nie było łatwe ze względu na brak środków, o których pisze starosta August Herbst:

Rolnicy nie mają odpowiedniej ilości żniwiarek, grabiarek, wozów drabiniastych niezbędnych do akcji żniwnej. Jak twierdzą sołtysi wsi, to w majątkach ziemskich pozostających w dyspozycji władz sowieckich, zgromadzone są w nadmiarze takie maszyny i narzędzia rolnicze, jakich jest brak dotkliwy w gospodarstwach chłopskich. Maszyny te wywożone są w poznańskie, czy też dalej i przypuszczalnie sprzedawane, bo cóż za cel zostawić je w folwarkach, lecz ciągnąć wspomniane maszyny w taborach wojskowych”.

Do akcji żniwnej przystąpili mieszkańcy wsi i miast, łącznie z urzędnikami. Ludzi wysyłano w różne miejsca na roboty przy żniwach, ponieważ cały powiat nie był zaludniony, a zasiane zboże trzeba było zebrać.
Jedną z osób, która została wysłana na żniwa była Wiktoria Lerch. Tak to zapamiętała:

Nas wysłali pod Odrę, zboże zbierać w 45. Domy tam były porozwalane. Byliśmy tam dwa tygodnie. Ani groszeczka nie dostałam. Zboże młócili. Państwo w kieszenie pieniądze wzięło, ci co robili to nic nie dostali”.

W akcji żniwnej przeprowadzono ok. 4.600 dniówek (po 15-18 godzin) Przeciętny zbiór wyniósł 7-8 kwintali na 1 hektar. 2/3 zbiórki zboża zabrały władze sowieckie. Po żniwach w wielu miejscowościach rozpoczęły się dożynki.

Od września 1945 r. przeprowadzono siew jesienny. Wzmianka na ten temat znajduje się w "Kronice...":

Od września do pierwszej połowy grudnia 1945 r. przeprowadzono akcję siewu jesiennego. W tym czasie udzielono pomocy końmi miejscowymi 674 osadnikom i końmi tymi zaorano 1118 ha. Ponadto w gospodarstwach osadników pracowało 5 traktorów, które zaorały 68,27 ha. W tym czasie powiat otrzymał z Wałbrzycha 127 koni pociągowych, które rozdzielone zostały pomiędzy rolników i końmi tymi zaorano 480 ha. Ogólnie w powiecie zaorano (łącznie
z majątkami państwowymi): traktorami 254,02 ha, końmi 3210,48 ha i krowami 365 ha.
Osadnicy miejscowi dostarczyli innym osadnikom do siewu 742 m żyta; ze świadczeń rzeczowych potrzebujący otrzymali do siewu 670 m żyta; majątki państwowe otrzymały ze świadczeń rzeczowych 20 m żyta i 40 m pszenicy. Na rolnym rynku zakupiono do siewu, dla majątków 166 m żyta i 64,50 m pszenicy. Z Akcji Żniwnej otrzymano 25,946 m żyta; na skrypty dłużne 6,148 m pszenicy. Z Akcji Żniwnej oddano na świadczenia rzeczowe, do aprowizacji 887,61 m zboża chlebowego
”.

Ludwika Grudecka:

Ziemia była, tylko nie było czym orać. Jeden drugiemu pomagał, zaprzęgał się człowiek i orał jak w »Kargulach«”.

C.d.n.

Czy grozi nam powódź? - cz. I

Wszystkich cieszy zbliżająca się nieuchronnie wiosna. Zrobi się zielono, spłyną śniegi. Pytanie brzmi jednak: gdzie spłyną i co się stanie, jak zaczną spływać. Śniegu tej zimy mieliśmy w bród, to i ze spłynięciem mogą być problemy.
Nad tym właśnie zastanawiano się dzisiaj w Starostwie Powiatowym podczas posiedzenia Powiatowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego, które odbyło się w poszerzonym składzie. Na obrady zaproszono przedstawicieli gmin z terenu naszego powiatu oraz instytucji, które na wypadek najgorszego będą musiały stawić czoła nieszczęściu.

Obrady otworzył Tadeusz Juska, który jest dyrektorem Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego. Wprowadził on w tematykę obrad zaproszonych gości.
Tadeusz Juska poinformował zebranych o ustaleniach, jakie zapadły podczas posiedzenia wojewódzkiego sztabu antykryzysowego we Wrocławiu 2 lutego 2010 roku. We Wrocławiu spotkali się przedstawiciele powiatów, na terenie których może nastąpić powódź.

Ustalono, że w razie takiej sytuacji dla naszego powiatu z odsieczą przybędzie wojsko. Nas wspomóc ma jednostka saperska z Głogowa. Wezwanie jej na pomoc odbywało się będzie poprzez wojewodę. Oprócz tego – w razie konieczności – odwodami strażaków dysponuje Komendant Wojewódzki, który także może nas wesprzeć sprzętem i ludźmi w przypadku powodzi.

Szef od „kryzysów” przedstawił prezentację, z której zebrani dowiedzieli się wielu bardzo interesujących rzeczy. Dzięki uprzejmości „kryzysów” mogą Państwo jej najistotniejsze fragmenty podziwiać poniżej.

Dyrektor Juska opowiedział też o obawach związanych z topnieniem śniegu. Może nas spotkać przykra niespodzianka ze strony Czechów, którzy też mają problem z nadmiarem śniegu. Co prawda – mówił Tadeusz Juska – jest umowa z rządem czeskim na ten temat, ale jak ich bieda przyciśnie, to spuszczą nam wodę, by ratować siebie.

Wszystko wskazuje na to, iż w ostatniej dekadzie lutego czeka nas odwilż. Tak przynajmniej twierdzą spece od pogody. I wówczas czekać nas może niemiła niespodzianka.

Prognoza dla Góry na okres 18 i 19.02.2010.


Jak stwierdził Tadeusz Juska: „Przez teren powiatu Góra przepływają rzeki, które w niesprzyjających okresach stanowią znaczne zagrożenie powodziowe. Należą do nich rzeki Odra, Barycz i Orla oraz cieki wodne Rów Polski, Rów Śląski, Wiewiernica, Łacha, Świernia i Tynica.Generalnie największe zagrożenie powodziowe występuje na terenach przyległych do rzeki Odry na długości ok. 31 km.".

Dyrektor Juska scharakteryzował poszczególne rzeki, które przepływają przez nasz powiat pod kątem ich zagrożenia. Zebrani otrzymali również materiały dotyczące zagrożenia powodziowego na terenie naszego powiatu, których najważniejsze fragmenty prezentuję Państwu poniżej dzięki uprzejmości dyrektora od „kryzysów”.


Rzeki i cieki wodne

Odra jest uregulowana i obwałowana. Stan wałów rzeki w większości przypadków określa się jako zły. Okresowe przybory wód uznaje się jako niegroźne. Największe zagrożenie powodziowe występuje po długiej i mroźnej zimie. Ponadto obserwuje się przedostawanie wody poza obszar wałów wskutek procesu jej przenikania pod wałem. Podniesienie poziomu wody do stanu alarmowego powoduje cofanie się wody w rzece Barycz, woda wlewa się do koryta powodując zmianę jej biegu, co w znaczny sposób potęguje zagrożenie powodziowe.

Barycz jest częściowo obwałowana. Zagrożenie powodziowe ma najczęściej miejsce w okresie roztopów i kry lodowej, okres przyboru wody w Odrze.

Orla - stan obwałowań budzi zastrzeżenie, zdarzają się również odcinki nie obwałowane. W przypadkach gwałtownych przyborów wody rzeka stanowi duże zagrożenie dla terenu miasta i gminy Wąsosz.

Rów Polski, Rów Śląski, Wiewiernica , Łacha, Świernia, Tylnica: są to cieki wodne częściowo obwałowane. Przy spływach większych wód powstają lokalne rozlewiska powodujące zalanie przyległych łąk, gruntów ornych oraz obszarów leśnych.

Największe zagrożenie powodziowe stwarza rzeka Odra, Barycz i Orla. Stany alarmowe i ostrzegawcze powyższych rzek przedstawiają się następująco:
Odra – wodowskaz znajduje się w miejscowości Ścinawa, ustawiony na 331,9 kilometrze biegu rzeki.
- stan ostrzegawczy wynosi 350 cm.
- stan alarmowy 400 cm.

Barycz – wodowskaz znajduje się w miejscowości Osetno, ustawiony na 17,5 kilometrze biegu rzeki.
- stan ostrzegawczy wynosi 260 cm.
- stan alarmowy 330 cm.

Orla – wodowskaz znajduje się w miejscowości Korzeńsko, ustawiony na 15,3 kilometrze biegu rzeki.
- stan ostrzegawczy wynosi 220 cm.
- stan alarmowy 260 cm.

Najbardziej zagrożone obszary

1.

Tereny przyległe do rzeki Odry
– zagrożone miejscowości: Smolne - Borki, Bieliszów, Majówka, Chobienia, Lubów, Chorągwice, Ciechanów, Luboszyce Małe, Irządze, Luboszyce, Uszczonów, Równa, Kietlów, Śleszów, Zdziesławice, Masełkowice, Lipowiec, Bełcz Wielki, Głobice, Żabin, Karów, Świerczów, Bartodzieje, Wągroda.
Łącznie na zagrożonych terenach zamieszkuje 2860 osób w 25 miejscowościach.

2. Dolina rzeki Baryczy – zagrożone miejscowości: Wierzowice Małe, Wierzowice Wielkie, Osetno Małe, Ryczeń-leśniczówka, Bartków, Ostrawa, Kowalewo, Bełcz Mały, Lechitów, Sądowel, Ługi, Wąsosz.
Łącznie na zagrożonych terenach zamieszkuje 2317 osób w 12 miejscowościach.

3. Dolina rzeki Orli – zagrożone miejscowości: miasto Wąsosz oraz miejscowość Ługi. Łącznie na zagrożonym terenie zamieszkuje 1567 osób.

Na terenie powiatu górowskiego w wyniku powodzi zagrożonych może być 37 miejscowości, w których zamieszkuje 5177 osób, tj. 13,7 % całkowitej ilości mieszkańców powiatu. Obszar, jaki może zostać zalany w wyniku powodzi to około 10 709,5 ha, co stanowi 14,51 % ogólnej powierzchni powiatu.

Wały przeciwpowodziowe

Odra: długość wału wynosi 32 km. Stan wału w większości jest uważany jako zły. Dotyczy to strony prawej, gdyż Odra wyznacza granicę powiatu. Wały przeciwpowodziowe Odry chronią powierzchnię 6100 ha.
Barycz: ogólna długość wałów przeciwpowodziowych wynosi 77, 8 km. Stan wałów: zadawalający, jedynie na niektórych odcinkach rzeki stan wałów uważany jest jako zły,
- wał cofkowy Odry – długość wałów wynosi 7, 9 km. Stan wałów: zły,
- przegroda dolinowa Klimontów – długość wałów wynosi 1,3 km. Stan wałów: zadowalający,
- przegroda dolinowa Wąsosz – długość wałów wynosi 0,5 km. Stan wałów - zadowalający.
Wały przeciwpowodziowe Baryczy chronią powierzchnię 12 745 ha.

Orla: długość wałów wynosi 16,9 km. Stan wałów: zadowalający.
Wały przeciwpowodziowe Orli chronią powierzchnię 690 ha.
Łacha: długość wałów wynosi 7,1 km. Stan wałów: zły. Wały przeciwpowodziowe Łachy chronią powierzchnię 480 ha.

Wiewiernica: długość wałów wynosi 5,5 km. Stan wałów: zadowalający.


Urządzenia i budowle hydrotechniczne
W utrzymaniu odpowiedniego poziomu wody na rzekach i ciekach wodnych duży wpływ mają jazy, przepusty wałowe, śluzy wałowe i przepompownie melioracyjne, dzięki którym w okresach podwyższonego stanu wód można regulować poziom wody na rzekach i ciekach wodnych, zapobiegając powstaniu miejscowych zalań i podstopień.
a) mosty
Na ciekach wodnych przebiegających przez teren powiatu znajduje się 48 mostów. Lokalizacja w podziale na gminy przedstawia się następująco:
- gmina Góra: 15 szt. (Barycz – 5 szt, Rów Śląski – 10 szt.),
- gmina Jemielno: 5 szt. (Kanał Uszczonowski – 1 szt., Świernia – 3 szt., Tynica – 1 szt.),
- gmina Niechlów: 15 szt. (Barycz – 3 szt., Rów Śląski – 5 szt., Wiewiernica – 5 szt., Kanał Uszczonowski – 2 szt.),
- gmina Wąsosz: 13 szt. (Barycz – 2 szt., Orla – 3 szt., Łacha – 4 szt., Grobelka – 3 szt., Wąsowska Struga – 1 szt.).
Z ogólnej liczby 48 zagrożonych jest 10 mostów.

b) jazy – na terenie powiatu górowskiego na poszczególnych ciekach wodnych występuje 17 jazów.
- Barycz: 10 jazów,
- Rów Polski: 3 jazy,
- Rów Śląski: 2 jazy,
- Wiewiernica: 1 jaz.
c) śluzy - ogólna liczba 26 szt.:
- Barycz: 24 sztuki,
- Orla: 2 sztuki,
d) przepusty – ogólna liczba 188 szt.:
- Odra: 8 sztuk,
- Barycz: 139 sztuk,
- Orla: 25 sztuk,
- Łacha: 16 sztuk,

e) przepompownie – ogólna liczba 6 szt.:
Przepompownie melioracyjne ze zbiornikami wyrównawczymi na terenie powiatu górowskiego znajdują się na nw. ciekach wodnych w miejscowościach:
- Odra: Lubów,
- Barycz: Lubiel,
- Orla: Wąsosz,
- Łacha: Kamień Górowski,
- Rów Śląski: Radosław i Chróścina.
Przepompownie służą do przepompowywania wody z zalanych obszarów do cieków wodnych.


Ocena zagrożeń wodnych w tym powodziowych

Największe zagrożenie powodziowe występuje w okresie wczesnowiosennym oraz podczas intensywnych opadów. W zimie na rzece Odrze, na jej 359 i 369 kilometrze, w okolicy miejscowości Ciechanów i Głobic mogą wystąpić zatory lodowe, w wyniku, których może dojść do wylania rzeki i podtopienia okolicznych terenów rolniczych oraz tych dwóch miejscowości.


Miejscowości zagrożone powodzią oraz ilość mieszkańców do ewakuacji

Na terenie powiatu górowskiego znajduje się 37 miejscowości, które mogą być zagrożone powodzią:

Gmina Góra: Wierzowice Małe, Wierzowice Wielkie, Osetno Małe oraz Ryczeń-leśniczówka.
Liczba gospodarstw zagrożonych zalaniem łącznie w 4 miejscowościach - 81. Ludność przewidziana do ewakuacji w tych miejscowościach to 287 osób.

Gmina Wąsosz: Bartków, Ostrawa, Kowalewo, Bełcz Mały, Lechitów – Sądowel, Ługi oraz miasto Wąsosz.
Liczba gospodarstw zagrożonych zalaniem łącznie w 8 miejscowościach - 672.
Ludność przewidziana do ewakuacji, to 2030 osób.

Gmina Niechlów: Masełkowice, Lipowiec, Bełcz Wielki, Głobice, Żabin, Karów, Świerczów, Bartodzieje, Wągroda.
Liczba gospodarstw zagrożonych zalaniem łącznie w 9 miejscowościach - 426.
Ludność przewidziana do ewakuacji z tych miejscowości - 1104 osoby.
Gmina Jemielno: Smolne – Borki, Bieliszów, Majówka, Chobienia, Lubów, Chorągwice, Ciechanów, Luboszyce Małe, Irządze, Luboszyce, Uszczonów, Równa, Kietlów, Śleszów, Zdziesławice.
Liczba gospodarstw zagrożonych zalaniem łącznie w 16 miejscowościach - 436.
Ludność przewidziana do ewakuacji z tych miejscowości - 1756 osób.

Jutro przedstawię Państwu przebieg narady.

środa, 17 lutego 2010

Dziki Zachód. Na obcej ziemi - cz. VII

Wspomnienia, które mają Państwo przyjemność czytać - w co nie wątpię - obecnie i poprzednio -zebrał Eryk Koziołkowski w roku 2004. Eryk - wówczas 17 - latek, uczeń ZSZ w Górze - pasjonował się historią lokalną, i pasjonuje do dnia dzisiejszego. Wypowiedzi repatriantów zebrał i opracował, by wziąść udział w konkursie ogłoszonym przez Fundację im. Stefana Batorego i Ośrodek KARTA. W konkursie tym wzięło udział 1060 uczniów z 252 szkół sw Polsce, którzy nadełali 549 prac (prace mogły mieć dwóch i więcej autorów). Za przedstwione Państwu wspomnienia Eryk Koziołkowski otrzymał wyróżnienia I stopnia. Swoją nagrodę Eryk odebrał na Zamku Królewskim w Warszawie 9 czerwca 2005 roku.

Osiedlająca się ludność była bardzo różnorodna. Kronikarz zanotował:

Ludność jest z różnych części i stron Polski; różny jest jej poziom kultury duchowej i cielesnej, różna moralność, osobista i społeczna, różny stopień wykształcenia ogólnego, wykształcenia i doświadczenia zawodowego, różne wyrobienie towarzyskie, różna inteligencja, różne zwyczaje i obyczaje. Poza niedużym odsetkiem ludzi o silnym i dodatnim charakterze, ogół ludności jest zdemoralizowany przebytą wojną”.

Czesław Kapała był zdania:

Różni ludzie byli. Zajmowali się szabrem przede wszystkim. Jak jeden złapał na złodziejstwie to bijatyki się zdarzały. Zdarzały się zabójstwa. Przede wszystkim Niemców zabijali. A nie wolno było. Normalnie był taki bezkrólewie. Dużo rzeczy się działo. Jak zostały później wzmocnione posterunki milicji to coraz ciszej było”.

W "Kronice..." zapisano:

Bezpośrednio po zadomowieniu się, około 40% ogółu ludności zajęty był tzw. „szabrem”. Szaber polegał na tym, że tajnie lub jawnie zabierano mienie poniemieckie, albo mienie porzucone, a następnie mienie to było przedmiotem handlu poza granicami powiatu, z chęci osiągania korzyści materialnych. Zauważyć przy tym należy, że wynoszenie albo też wywożenie jakichkolwiek rzeczy z terenu Śląska Dolnego, a więc z powiatu tutejszego, zakazany był pod skutkami prawa”.

Wanda Gryzia wspomina: „Gospodarze sami rabowali po wsiach, jeździli końmi z wozami i nakradł sobie, co chciał”.

Ludwika Grudecka o szabrownictwie:

Niemcy, którzy uciekali ze swoich domów, to zakopywali skarby, złota, różne ubrania, futra, naczynia, a nawet w słoikach zalakowane mięso. Niektórzy potrafili tak to wszystko wywęszyć, to wykopywali, strasznie się bogacili. Ludzie szabrowali jeździli na drugą, trzecią wioskę, szabrowali strasznie, tym tylko się zajmowali. Łupem padały maszyny do szycia, różne rzeczy”.

Nie wszyscy dokonując kradzieży chcieli się wzbogacić, poprzez handel skradzionym mieniem poniemieckim. Po prostu ludzi zmuszała sytuacja, zastali przecież przeważnie „puste ściany.”

Stefan Pojasek mówił:

Jak ja zająłem dom, nie było nic, nie było na czym spać, skąd. Tam poszedł, gdzie pusto, to sobie ściągnąłem łóżko, to stół, to co było potrzebne. Szabrownictwo było blisko granicy. Maszyny ciągnęli do poznańskiego, takie maszyny dorodne, szabrował i tam sprzedawał. Z krakowskiego przyjeżdżali, ładowali do wagonów i wywozili. Człowiek musiał pilnować swoje”.

Anna Waleryś opowiadała jak wystarczył moment nieuwagi, żeby dla złodzieja stała się okazja:

Był sąsiad Maryszczak i mówi do ojca: »Idź do Ruskich do młyna, tam oni mieszkają i wypożyczają wole«. Ojciec przyprowadził tego woła. Zaraz w tym samym dniu przyszedł szwagier z wojska. To musieli pobawić się, popić. To ojciec nie orał w ten dzień. To w nocy woła ukradli. Ślady były przez łąki, przez szosę i tak prowadzili tego woła, więc Ruskim musieliśmy oddać krowę. Bo ich nie obchodziło, sztuka za sztukę musi być”.

W mieście i wsiach milicja organizowała posterunki, żeby zapobiegać przestępstwom. Sami ludzie też walczyli z szabrownictwem, poprzez stosowanie wart nocnych.

Franciszek Ciołko ze Sławęcic opowiadał:

We wsi była warta. Miała zapobiegać kradzieżom. Bywało tak, wstawało się rano i nie było świnki, więc była warta od domu do domu po kolei, każdy dom przejmował wartę, obowiązkowo oddając laskę. Warta trwała od wieczora do rana”.

Po wojnie jednym z najlepszych środków płatniczych był bimber. W "Kronice..." znajduje się taki zapis:

Około 5% ludności, bezpośrednio po przybyciu, zajął się potajemnym gorzelnictwem. Niekiedy bardzo prymitywnymi i różnorodnymi aparatami wytwarzano samogon z różnych artykułów (ziemniaków, buraków pastewnych i cukrowych, melasy, cukru, zboża, mąki i innych). Proceder ten ze względu na pokaźne zyski, uprawiali nawet niektórzy sołtysi wsi, urzędnicy samorządowi i państwowi, milicjanci i inni. Samogon zajął pierwsze miejsce na rynku nielegalnego handlu.
Wskutek tego ludność się rozpiła. Pili starzy – mężczyźni, niewiasty – młodzież płci obojga, a nawet dzieci. Były wypadki śmierci nagłej od nadmiernego spożycia samogonu, ale były też przypadki, że uczniowie 1 klasy powszechnej szkoły, w czasie lekcji tracili przytomność od zamroczenia alkoholem.[…]


Samogon był też środkiem płatniczym w handlu, szczególnie z Rosjanami. Rosjanie chętnie wymieniali swoje „trofea” na samogon. Trofeami były przedmioty skradzione, bądź zrabowane ze szkodą Polaków. Tego rodzaju handel nie był długi, bo samo życie go zlikwidowało, np:. "jeden żołnierz za jakiś przedmiot otrzymał wódkę, a drugi żołnierz przybył po nim i pozostawiony przedmiot odebrał pod pretekstem, że stanowi własność Skarbu Państwa i żeby sprawę na miejscu zlikwidować, wymagał obfitego poczęstunku, co prawie zawsze otrzymywał”.

Czesław Kapała barwnie opisywał:

Ci, co przyjechali, handlowali czym się dało, przede wszystkim cukrem na bimber. Pędzili na morgi, czyli do nieskończoności. Każdy robił dla siebie. Bimber odchodził jak niemowlę, litrami. Za pół litra jak poszedł do Ruskich, to dostał rower damski czy męski, nawet dwa dali, trzy dali, maszynę do szycia, radio, gramofon na korbkę, zawsze oni czymś handlowali”.

Stefan Pojasek na ten sam temat:

Wszyscy z Polesia pędzili bimber. Nic nie było, jak człowiek nic nie zakombinował. Po prostu było ciężko. Ja kupowałem pięć litrów i jeszcze sprzedawał, żeby to jakoś się kręciło, żeby żyć. Kupowali Ruskie, ci co przyjechali. Za pół litra bimbru mógł dostać 50 zł lub coś co już było
w sklepach
”.

Wanda Gryzia opowiadała jak ten czas zapisał się w jej pamięci:

Ruscy bardzo lubili wódkę. Jak my przyjechali, to taki Rusek za pół litra, co miał na sobie to oddał. To oni nową sofejkę przynieśli, puszeczki na pościel, wojskowe. Co mogli w wojsku ukraść, to wszystko przynosili i wszystko przepijali. Tuszonka to była dobra rzecz. U nas żadna konserwa, nie jest tak dobra jak ta ruska. Oni to wszystko przynosili za samogon. Trzeba było pędzić i trzeba było żyć”.

W książce „Tworzyliśmy cząstkę nowej Polski. Wspomnienia dolnośląskich działaczy PPR (1945-1948)”, str. 427, z 1974, Stanisław Włodarski opisywał:

Co sprytniejsi pędzili bimber, za który wówczas można było nabyć wszystko. Za bimber od żołnierzy wojsk radzieckich, zwłaszcza tych, którzy gospodarzyli na majątkach rolnych, można było „kupić” krowę, świnię, wóz, uprząż i także produkty rolne”. […]

Jedną z wielu osób, które pędziły bimber była Wiktoria Lerch (ur. 23.12.1914), która pochodziła z woj. lwowskiego, powiat Nowy Sambor, wieś Dublany. Do Góry przybyła pod koniec czerwca 1945 roku:

Ja sama pędziła z buraków cukrowych. Jakiś człowiek przyszedł i mówi: »Ja tu buraki zostawiłem«[ w ogródku], ja mówię: »Pan z domu nie przywiózł te buraki. Spieprzaj pan stąd szybko! Pan z domu nie przywiózł!« Ja zajęłam dom, a już byłam cztery miesiące, a on przyszedł się po buraki upominać. W Sędziewojowicach pędzili samogon. Ludzie ci, byli z Tarnopola. Ja się z nimi zapoznała. Oni bimber pędzili. Mówię, ja mam buraki cukrowe, a oni przynieś pani, rozcieńczymy i będzie bimber. Oni mi pokazali. Ja tego nie robiłam. To pewnego dnia przyszedł Ruski i mówi: »Chadziejka majesz samogonkę czy bimber?«, nie pamiętam jak on to powiedział. Dać, czemu nie? Da worek mąki pszennej, a dobrze było dostać worek mąki pszennej. Ja zaryzykowałam i dałam butelkę. Dał mi tej mąki worek. Mąż powiada: »Teraz ci, dali, a w nocy przyjdą i zabiorą i tego«, ale nie przyszli nie odebrali. Przyszli na drugi dzień to jeszcze przynieśli marynarkę wełnianą.”

Z terenów zza Buga, z Kosowa Polewskiego przybyła w maju 1945 roku Leontyna Cz. Tak wspominała pewien incydent z Rosjanami:

Mąż gonił samogonki. Pewnego dnia przyszedł Rusek z zegarkiem i chciał zamienić na bimber. A my nie wygnali samogonki, to on nasikał nam w korytarzu. Byli wredni.[…]

C.d.n.

Zapis niedomówień i niedopowiedzeń

Dzisiaj przedstawiam Państwu ważne fragmenty z protokołu Zarządu Powiatu, które odbyło się 27 stycznia 2010 roku. Fragment pierwszy dotyczy budowy nowej komendy straży pożarnej. Przypominam, iż wg zapewnień „Bukietowej”, która mówiła o tym głośno na stronach internetowych radia „elka” i „Panoramy Leszczyńskiej” oraz sesjach Rady Powiatu, nowa strażnica miała być oddana do użytku 20 listopada 2009 roku. Dzisiaj mamy dzień taki, jaki mamy, ale strażnica wciąż jest mglistą przyszłością. Wg posiadanych przeze mnie informacji 5 lutego odbył się tzw. „cząstkowy odbiór” obiektu, jednak do jego kompletnego odbioru droga jeszcze daleka. Do 2 lutego wykonawca usunął usterki, o ktorych mówiono. Z protokołu nie dowiecie się Państwo, jak doszło do tak dużego poślizgu. Tradycyjnie w naszym Starostwie winnych nie ma.

Posiedzenie Zarządu Powiatu z 27 stycznia 2010 roku.

Obecni: - Beata Pona, Teresa Sibilak, Stefan Mrówka, Jan Sowa.

Punkt 4.

Na posiedzenie Zarządu został poproszony Pan A. Samborski - p.o.dyrektor Wydziału Budownictwa, który poinformował o aktualnym stanie budowy strażnicy. W dniu 8 stycznia 2010 roku odbył się wstępny odbiór techniczny obiektu, w wyniku którego stwierdzono usterki (pęknięcia na ścianach, nieestetyczne założenie gniazdek elektr., źle osadzone drzwi). Wykonawca zobowiązał się usunąć je w terminie do dnia 29 stycznia br. Sprawdzenie usunięcia usterek nastąpi w dniu 1.02.2010r.
Dyrektor wyjaśnił, iż żeby wystąpić o pozwolenie na użytkowanie potrzebnych jest wiele dokumentów i tak:
-atesty na wszystkie urządzenia i materiały budowlane(są dostarczone)
-protokół sprawdzenia przewodów kominowych(jest)
-protokół w zakresie badania instalacji elektrycznej (jest wykonywany)
-protokół do użytkowania kotła c.o.(czekamy na dostarczenie)
-instalacja oddymiania-sprawdzona
-protokół odbioru instalacji wodnej, kanalizacyjnej, gazowej., c.o. jest wykonany
Wystąpienia do PIP, do KG PSP są przygotowane, ale żeby je wysłać muszą być wszystkie dokumenty, o których mowa wyżej.
Aneks z wykonawcą w zakresie terminu realizacji budowy jest sporządzony. Termin zakończenia inwestycji to 29.01.2010 r. Gwarancja na roboty budowlane nabiera mocy z chwilą oddania obiektu. Gwarancja wynosi 3 lata.
Należy jeszcze poinformować, że trafostacja została wykonana, ale mówiąc potocznie: „prąd jeszcze nie płynie”. Wystąpiły błędy formalne, czekamy na fakturę z ENEA Poznań.
Wyjaśniana jest również kwestia umów na telefony dla strażnicy.
Zadano pytanie dla Dyrektora - „Co można zrobić z budynkiem obecnie zajmowanym przez straż”? Dyrektor wyjaśnił, iż to nie jest nasz budynek, lecz Skarbu Państwa.
Pani Starosta poinformowała, iż w wyniku wstępnych rozmów z Wojewodą Dolnośląskim i Komendantem Wojewódzkim PSP we Wrocławiu ustalono przekazanie nam tego budynku z chwilą opuszczenia go przez straż Następnie ogłoszona zostanie jego sprzedaż Z chwilą dokonania takiej transakcji uzyskane środki mają być przeznaczone na wyposażenie nowej strażnicy
.

Tutaj dwa słowa komentarza. Przewodniczący Rady Powiatu Władysław Stanisławski poinformował mnie, przed udaniem się na zabiegi, które ratują mu życie, iż dotychczasowa siedziba straży pożarnej ma być sprzedana. To prawda. Pieniądze z jej sprzedaży miały jednak zasilić konto nowo powstałej spółki, która powstanie na miejscu dotychczasowego Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Górze. Każdy, kto jest przy zdrowych zmysłach wie, iż nowopowstała spółka wymaga dokapitalizowania. Wszak trudno by było, by nowy podmiot od pierwszych chwil swego istnienia, miał problemy z płynnością finansową. Dzisiaj okazuje się, iż nie ma pieniędzy na wyposażenie strażnicy. A przecież zapewniano nas, iż te pieniądze są. O ile mnie pamięć nie myli była to kwota ok. 700 tys. zł. Gdzie się te 700 tys. zł rozpłynęło?

Punkt 2
"Skarbnik Powiatu przedstawił uchwałę w sprawie udzielenia pożyczki krótkoterminowej na rzecz SPZOZ w Górze. Pożyczki udziela się do kwoty 250 tyś. zł. na pokrycie części zobowiązań oraz innych wydatków wg. bieżących potrzeb , których nie uregulowanie zagraża zapewnieniu nieprzerwanego sprawowania opieki zdrowotnej. Udzielona pożyczka nie jest oprocentowana, podlega zwrotowi, a ostateczne rozliczenie nastąpi do dnia 31 sierpnia 2010 roku. Do uchwały nie wniesiono uwag. Przeprowadzono głosowanie za jej przyjęciem:
-za- 4 głosy
-przeciw-0 głosów
."

Proszę zwrócić uwagę na zapis dotyczący pożyczki dla szpitala. Prośba o pożyczkę wyraźnie wskazuje na to, iż szpital się nie bilansuje. To zły prognostyk dla nowej spółki. Nazwę rzecz po imieniu. To jest efekt ulegania przez dyrektorkę szpitala Czesławę Młodawską nadmiernym i nieuzasadnionym żądaniom lekarzy, którzy mają umowy kontraktowe. W kręgach lekarskich na Dolnym Śląsku mówi się, że najlepsze są dyżury w górowskim szpitalu. Mówi się tak: „w Górze jest, jak w Ritzu, z tą jednak różnicą, że w Ritzu płaci turysta, a w Górze płacą turyście”. Piękny nasz powiat cały, a Czesława Młodawska – dyrektorka szpitala może robić za wzór Matki Teresy z Kalkuty. Dla lekarzy na kontrakcie – rzecz jasna.

wtorek, 16 lutego 2010

Dziki Zachód. Na obcej ziemi - cz. VI

Pewne sytuacje związane z Rosjanami zapamiętała Regina Mieszkiewicz:

Przyszedł Ruski do brata i mówi: »Z kim ty przyjechałeś?«. A my, ja i siostry pochowali się w pralni. Słyszę ja, że ten Ruski tak się wypytuje. Potem on w nocy przyszedł i po matuszkiku [zaczął kląć] i karabinem, kolbą w drzwi. Mógłby drzwi połamać, bo podparte były. No to brat nastraszył jego i powiedział, że idzie na komendanturę. Przez drugie drzwi stukał. Nie szedł, tylko postraszył, że stukał w drzwi. On uciekł. Myślał że naprawdę brat poszedł. Tylko jego nastraszył. Ale jutro patrzymy, że idzie do nas w biały dzień. Brat mówi: »Patrz idzie ten Ruski, chowajcie się«. My się pochowali, na strych pouciekali. A on przyszedł, a brat na skrzypcach grał. Mój brat skrzypkiem był. Zobaczył, że idzie to chce mu się grać. Grał na skrzypcach a on: »Dzień dobry«, po rosyjsku. Brat mówi »Moja żona, ta poszła na zakupy nie ma jej«. A on mówi: »Ale ty groźny jesteś«. Z jakiego powodu powiedział groźny? Bo w nocy przyszedł, chciał zgwałcić. To brat krzyczał na niego, że niech nie łamie drzwi, bo to moja żona, a żony nie pozwolę, jak skrzywdzisz, to tobie łeb czym strzelę! Ja tobie dam do żony przychodzić! Ja mówię, na froncie wojował, wszystko i wrócił z wojny, a ty, mówię, przychodzisz do mnie do mojej żony i gwałcić. Mówi, ja idę na komendanturę. To on uciekł przez ogrody i więcej do nas nie przechodził.
Wybrano ich za policjantów i dali im broń. Gwałcili, krzyczeli na koloni pisk był. Sajdak i mój brat lecieli tam bronić. To jedną zgwałcili dziewczynkę, póki dolecieli, jak oni zobaczyli to pouciekali. Dwóch ich było. Tak pod strachem musieli tak żyć. Potem za pół roku byli sklepy, było można coś kupić, ale na początku nie daj Boże, co tu się robiło. Trzeba było się chować i nie pokazywać w ogóle”.


Starosta August Herbst donosił o prowokacjach, biciu, bezprawnych i nieuzasadnionych rewizjach w domach i zabudowaniach polskich, zabieraniu mienia prywatnego przywożonego przez repatriantów, wygrażaniu się natychmias-towej przemocy fizycznej i zbrojnej, Zarzucał on żołnierzom sowieckim sianie defetyzmu i nastrojów panicznych, w końcu zwykłe kradzieże dokonywane pod osłoną nocy.

Pewną historię, związaną z żołnierzami radzieckimi w pamięci miała Anna Waleryś:

Rosjanie chcieli kupić od ojca wódkę. Robili tu wódki. Ojciec mój powiedział, że nie ma. Bo mówi tak: »Oni przyjdą w nocy i wszystko zabiorą. No bo co? Co zechcą to zrobią.« I nie sprzedał im tej wódki.»Ja nie mam.« W dzień byli po wódkę. A ja niosłam mleko, temu zajączkowi co miałam, sobie złapałam tego zajączka małego. Co tam było robić. Patrzę zajączek, złapałam i karmiłam. Mleko pił, ja mu niosłam. Patrzę, stoją jakieś z ojcem, rozmawiają. Ja wzięłam mleko i do domu poszłam. No, ale patrzę, ale te same przyszli, wieczór. Ja mówię, że wy byli, nie wiem co wy chcecie.»A my nie byli.« »Jak to nie! Ja nie poznałam?« Ja mówię, widziałam. A to nie trzeba było się dużo przyglądać. Mówię: »Co wy chcecie?« »A to nasze. My wojowali i to wyzwolili.« A ja mówię »Moje bracia też wojowali. Jeden jeszcze wojuje, a drugi zginął.« My się tak kłócili w ząb w ząb. Ja im nie ustąpiłam, bo jak pokażę, że się boję, to oni zrobią co chcą. Musieli wszystko odbić. Też się bałam, ale im się nie dawałam. Ich dwóch było. Ojciec zaraz uciekł, gdzieś do Czerniny, na milicję. A siostra zamknęła się w pokoju, przez stodołę. A ona to wszystko słyszała. Jak się ja kłóciła z nimi, mówi »Że ja taka odważna. A jak by zabili?« To by zabili trudno się nazywa, ale mówię, nie zabili. Oni tak z szafy ubrania, na ręki jeden. Jeden prędzej szedł, ten drugi wszystko na rękę i drzwi już, a ja to wszystko odebrała, do siebie i jego popchnęłam i zamknęłam drzwi. Ale co tam było. Można wyważyć. Ja do drzwi, zamknięte. Mówię do siostry otwórz! Ona nie otworzy bo ona się boi. Ja później mówię do siostry, to trzeba było wtedy koło mnie, a nie samą zostawić i powiedzieć, że się wystraszyła. Oni Ruscy uciekli, bali się, bo wiedzieli że chłopa nie ma”.
Częste rozboje, kradzieże, gwałty ze strony żołnierzy sowieckich były na porządku dziennym w tamtych czasach
.

Jadwiga Chmiel opowiadała:

Rosjanie tutaj narabowali, wszystkiego co lepsze. Wszystko poniszczyli, powybijali i porozwozili”.
wanda gryzia relacjonowała: „W podwórzu był piękny dom, to Ruskie do niemieckich portretów strzelali, z zapalonych kul i potem dom spalili
”.

Anna Kapała wspomina:

Ruskie normalnie brali, uciekli i koniec. Memu ojcu, zegarek miał na łańcuszku. Ruscy przyszli dawaj!, bo jak nie to zabije jak sobaku i koniec. Nie ma nic do gadania. Człowiek jechał rowerem, ja czy kto – Postój! No to postój. Dawaj rower! Wsiadł pojechał i tak został. Tak robili, cholery”.
Z uśmiechem na twarzy
."

Pani Anna Kapała przypomniała sobie historię męża:

Motor żeś ukradł babie [do męża]. Stróżem była baba. Gdzieś przy drzwiach, przez jakiś rów szli, baba pilnuje, a oni pomału, pomału. Dwóch ich było. Sylwek i ukradli motor. Babie ukradli, gdzieś tam postawili i Ruskie im ukradli. Oni babie ruskiej, a Ruskie im. To był cyrk”.[śmiech]

Ze strony Rosjan zdarzały się również zabójstwa. Jak podają źródła, we wrześniu 1945 roku, pierwszy burmistrz Góry- Aleksander Zalewski został najprawdopodobniej zabity przez żołnierzy radzieckich. Poszlaki wskazują, iż śmiertelne w skutkach pobicie pierwszego burmistrza Góry miało miejsce na ulicy Tylnej. Burmistrz Góry zmarł w szpitalu w Lesznie.

August Herbst w sprawozdaniu pisze o innym dokonanym przez żołnierzy radzieckich zabójstwie:

„[…] 28.11.1945 roku we wsi Stara Płonka wymordowana została rodzina niemiecka składająca się z siedmiu osób. O morderstwo podejrzani są żołnierze Armii Czerwonej. Ci sami żołnierze obrabowali dom wymordowanej rodziny. Dnia 29 bm. znaleziono zwłoki zamordowanego mężczyzny – Polaka.[…]”

Dochodziło do różnych sytuacji. Zdarzało się że w zwykły dzień mógł się zamienić w wielki dramat. Świadectwem tego jest relacja Wandy Gryzi:

W Starej Górze wojsko wracało z frontu. Zajęli duże podwórko, wjechali końmi, tam był dom pusty, był jakiś polski oficer. Młody, przystojny, ładny, płakaliśmy żywemu Bogu. Rano wyszedł się myć. Z michą wody, na podwórku myje się, a w kieszeni miał pistolet, był załadowany. Jak się zaczął myć, trzepać to ten pistolet mu wyleciał i między nogi mu wystrzelił, to z mózgu kula wyszła, zabity na miejscu. Transporty szły za transportami, tak dużo, że na drodze nie było miejsca, tylko rowami szliśmy, tak wszyscy w głos płakali, piszczeli, że wojna się skończyła, a on biedny musiał się zabić. To była wielka rozpacz”.

C.d.n.