poniedziałek, 28 lutego 2011

Na sucho o mokrym

W sali nr 1 odbyło się dzisiaj spotkanie samorządowców z władzami województwa. Było ono efektem pisma, jakie samorządowcy Milicza, Żmigrodu, Góry, Niechlowa, Wąsosza, Milicza, wystosowali do władz wojewódzkich w sprawie powodzi.

Zjawili się u nas: wojewoda dolnośląski – Marek Aleksander Skorupa, wicemarszałek –Włodzimierz Chlebosz i przedstawiciele Wojewódzkiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych, Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska oraz dyrektorzy i wcedyrektorzy wydziałów w Urzędzie Marszałkowskim.

Starosta Piotr Wołowicza powitał gości i oddał głos wojewodzie. Głównym motywem wystąpienia wojewody była próba przekonania zebranych, iż „powódź kojarzy się z Tm, co było w Bogatyni a nie z zalaniami pól, lasów i łąk”. Temat ten – stwierdził wojewoda – dla rolników jest ważny, ale: „nie możemy mówić o powodzi 2011 roku”. Kidy ogłasza się powódź i co za nią jest uważane regulują – jak stwierdził wojewoda – ustawy a minister Miller przestrzegał na spotkaniu wojewodów, by lokalnych podtopień nie traktować jak powodzi. Następnie wojewoda usiłował tłumaczyć, że te lokalne podtopienia są skutkiem: „zerowej zdolności retencyjnej gleby a powinna ona posiadać taką zdolność w granicach ok. 30%”.

W zbożnym dziele tłumaczenia zebranym samorządowcom, iż powodzi nie było wsparł wojewodę wicemarszałek Włodzimierz Chlebosz. „Długa zima, wielkie opady śniegu, ziemia nie przyjęła wody i w maju ubiegłego roku mieliśmy powódź”. Ponadto wicemarszałek oświecił zebranych, iż woda w Baryczy płynie wolniej niż w innych rzekach. Przyznał jednak, że wraz z wojewodą widzieli zalane pola i łąki p[podczas swojej podróży do naszego miasta.

Dyrektor WZMiUW we Wrocławiu przedstawił następnie dane dotyczące nakładów poniesionych na usuwanie skutków powodzi. I tu król okazał się nagi.

Z wypowiedzi dyrektora wynikało, że kierowana przez niego instytucja nie ma pieniędzy. Jeżeli określiła ona swoje potrzeby na rok 2010 na 76 mln zł, to otrzymywała … aż 16,6 mln zł. Za te pieniądze można było zadbać o stan 13,8% cieków na ternie województwa dolnośląskiego. A pod swoją pieczą instytucja ta ma ok. 59000 km cieków oraz ok. 1330 km wałów przeciwpowodziowych.

Na rok 2011 wniosek WZMiUW opiewał na kwotę 85,3 mln zł a otrzymał on zawrotną kwotę 10,5 mln zł.

Pocieszono jednak zebranych, iż marszałek województwa wystąpił do premiera o 20 mln zł z rezerwy celowej naszego nietkniętego kryzysem państwa. Gdy premier da, to z tej kwoty 4,2 mln zł przeznaczone zostanie na naprawę wałów na terenie powiatów: milickiego, trzebnickiego i naszego. A jak nie da, to łatwo przewidzieć, że wałów naprawić się nie będzie.

Mówiono również o szkodach. W 2010 roku na usuwanie szkód w wałach i urządzeniach hydrotechnicznych wydano w skali województwa 16,5 mln zł. W tym roku wystąpiono o dodatkowe środki (1.140 mln zł), by dokończyć te prace na ciekach i wałach, które nie zostały zakończone w roku poprzednim. Podobno prace te będą ukończone wiosną. Mowa tu oczywiście o skali województwa.

Dyrektor WZMiUW poinformował, iż straty na terenie powiatu górowskiego i trzebnickiego powstałe na skutek powodzi w 2010 roku oszacowano na 22,7 mln zł. Mowa oczywiście os tratach w wałach i infrastrukturze technicznej na ciekach. Na naprawę tych uszkodzeń przyznano kolejną porażającą kwotę – 9 mln zł.

Styczniowa powódź – tu będę się upierał wbrew oświadczeniom dostojnych gości, iż takowej nie było – spowodowała na terenie powiatu górowskiego straty w infrastrukturze i wałach na kwotę 2,6 mln zł. Podobno wszystko zostanie naprawione, jak WZMiUW otrzyma pieniądze ze wspomnianej rezerwy.

Następnie pochwalono gminy Wąsosz, Góra i Jemielno za to, że sięgnęły one po pieniądze na oczyszczenie i utrzymanie rowów. Poinformowano, iż jest pragnieniem władz wojewódzkich: „kompleksowe rozwiązanie problemu zlewni Baryczy”. W trakcie dyskusji okazało się jednak, że to „kompleksowe rozwiązanie problemu zlewni Baryczy” jest jednak odległem śpiewem n niejasnej przyszłości. W zasadzie pieniądze są, ale nie są to kwoty pozwalające na rozwiązanie kompleksowe, lecz na bieżące utrzymanie zlewni. Na inwestycje, które „kompleksowo” rozwiązałyby ten problem pieniędzy nie ma.

Ale jest nadzieja, że mogą być. Bo też zwrócono się do ministerstwa o środki z rezerwy budżetowej.

Rozmawiano również o szacowaniu strat w uprawach. Okazało się, że jeżeli powódź spowoduje gwałtowny i obfity opad deszczu, to skutków tego opadu nie nazywa się powodzią. Z tego względu, że jest to zjawisko jednorazowe. Amen.

Samorządowcom pokazano również udoskonalony protokół z szacowania strat w rolnictwie. Rozpoczyna się okres wegetacji i teraz można już oszacować co wygniło na mpolachj na skutek powodzi.

Nowa metoda szacowania jest taka, że oblicza się średni roczny dochód gospodarstwa rolnego i procentowy ubytek tej średniej na skutek powodzi. Goście z województwa przestrzegali przed pochopnym powoływaniem komisji do spraw szacowania strat w uprawach.

I Regionalny Zastępca Regionalnego Dyrektora Ochrony Przyrody bardziej się żaliła na swoją niewdzięczną – w jej mniemaniu – pracę niż początkowo cokolwiek wniosła do dyskusji. Usłyszeliśmy, iż obszar objęty Naturą 2000 inwestorzy, którzy coś tam chcą zrobić, traktują z niechęcią a panią konserwator wójtowie i burmistrzowie wpisali na swoje „czarne listy”. Pani konserwator mówiła również o tym, że jej urząd traktuje się jako ten: „rzucający kłody pod nogi inwestorom”.

Następnie przeszła do tematu „użytków ekologicznych”, w które samorządowcy chcieliby zamienić regularnie zalewane pola, łąki i pastwiska. Stwierdziła, iż „użytki ekologiczne” tworzy na podstawie uchwały Rada Miejska. I żaden inny organ nie ma prawa się w to mieszać.

W tym miejscu burmistrz Wąsosza Zbigniew Stuczyk spytał panią konserwator o następstwa ustanowienia takiego „użytku ekologicznego”.

Pani konserwator poinformowała, iż jest katalog zakazów dotyczących „użytków ekologicznych”, którym należy się podporządkować.

Stwierdziła też, że po 1945 roku w bardzo dużym stopniu zmienił się sposób użytkowania wielu obszarów leżących w pobliżu rzek. Najczęściej była to zmiana polegająca na zamienieniu łąki lub pastwiska na grunty orne. Podkreśliła, że takie przekwalifikowanie gruntów jest wciąż łatwe. Decyzje w tej sprawie podejmuje starosta i powinni oni odmawiać wydawania tego typu decyzji. Powód: użytek zielony ma większą zdolność wchłaniania wody.

Głos zabrał wojewoda i po kilku jego zdaniach zacząłem przysypiać. Pan wojewoda mówi nudnie i najczęściej obficie, ale jego wystąpienia charakteryzują się minimalną ilością pożytecznych treści. Jego nudnawą i odbiegającą od tematu mowę można streścić zdaniem: co my chcemy?

Rozmawiano o spółkach wodnych, które na terenie naszego powiatu nie działają. Są dotacje na ich działalność. Wspierać może je samorząd wojewódzki, powiatowy i gminny. Na ten rok w budżecie marszałkowskim jest 600.000 zł na ten cel. Zachęcano włodarzy gmin do zakładania spółek wodnych. W myśl przepisów spółkę taka może założyć już 3 rolników. Są dotacje na prowadzenie biur i księgowości przez spółkę wodną. Dowiedzieliśmy się, że 1 mb. Konserwacji rowu kosztuje od 8 do 30 zł. Ta ostatnia kwota występuje wówczas, gdy rów jest totalnie zniszczony.

Tu ciekawostka. Na „ziemiach wyzyskanych” rowy są własnością Skarbu Państwa. Prawo wodne nakazuje jednak ich utrzymanie w należytym stanie właścicielowi gruntów, przez które rowy przepływają. Pojawił się pomysł, by uwłaszczyć te rowy na rzecz rolników przez które one płyną.

Goście twierdzili, iż starosta powinien namówić rolników, by zakładali spółki wodne. Ponadto zmieniła się ustawa i teraz gminy mogą dofinansowywać spółki wodne. Jako przykład podano powiat trzebnicki, gdzie w ubiegłym roku istniejące 29 spółek wodnych, za pieniądze z urzędu marszałkowskiego, przeprowadziło konserwację wszystkich rowów na terenie powiatu.

Rozmawiano również na temat stanu naszej kochanej Baryczy. To, że rzeka jest zamulona na głębokość 1 m od dna nie ulega wątpliwości. To namulenie należy usunąć. Są jednak problemy dwojakiego rodzaju, by to przeprowadzić.

Pierwszy, to pieniądze, których nie ma, bo roztaczanych podczas spotkania miraży, że coś na ten cel WZMiUW otrzyma z rezerwy państwa raczej nie bierzmy serio.

Drugi to Natura 2000, której przestrzeganie powoduje, iż trzeba wykonać analizy czy też coś w tym namuleniu nam się cennego przyrodniczo nie zagnieździło. Samo wykonanie dokumentacji, by odmulić dno rzeki, to okres 3 lat (jak wszystko dobrze pójdzie). Koszt odmulenia 1 km rzeki – ok. 1 mln zl. Liczyć należy lekka rączką, że to kosztowałoby ok. 20 mln zł.

Starosta Piotr Wołowicz zaprosił zebranych do dyskusji.

C.d.n.

Brak komentarzy: