piątek, 5 lutego 2010

W drodze na Dziki Zachód - cz. III

Wiosną 1945 roku rozpoczął się wielki exodus Polaków z Kresów Wschodnich. Przesiedleńcy podróżowali przede wszystkim transportem kolejowym. Jechali w nieznane w zwykłych towarowych wagonach. Czas ich podróży był różny, minimum tydzień do kilkunastu tygodni.

Wanda Gryzia (ur. 13.11.1923), która pochodziła z Polesia, mieszkała w małym osiedlu Sobótka, oddalonym 7 km od Prużan, tak zapamiętała te wydarzenia :

Przyszedł transport, do Polski będą wywozić. Mamusia dowiedziała się dopiero po południu, że ten transport stoi w Oreńczycach. Żeby nas wywieźć musiała być z gminy Prużany karta ewakuacyjna. Ile osób przyjedzie, co się przewozi, wszystko to musiało być. A my nic nie mieli. Mamusia biegiem do sąsiada, biegiem do Prużan najpierw. Tam kartę ewakuacyjną zrobiła. Już było po trzeciej, latała po domach, gdzie kto pracował, dowiedziała się, gdzie kto mieszka, tam każdy wypełnił to co trzeba. Karta była, grunt że była pieczątka. Mamusia przyleciała do domu, po sąsiadach, sąsiedzi konie zaprzęgli, byliśmy na stacji w Oreńczycach. Wszystkie wagony, były już zajęte, ludzie zajęli. Jeden wagon był, tylko że połowa wagonu była wolna, a druga zajęta. Dzięki państwu Studnikom adaptowaliśmy drugą połowę. Już nas wieźli. Zmartwieniem było, że z granicy mogli nas zabrać. W czasie podróży padał deszcz, a jak rąbali na hamulec, to koła z wozów spadały, piecyk co stał z ogniem się wysypał. Tragiczna była podróż, a najgorsza w Poznaniu. W Poznaniu był przeładunek na szerokie tory. Z Poznania tydzień nas te skurwysyny wieźli tutaj do Góry. A jak my tam, lekko pociąg przystanął, to my wylecieli żeby nam wody dali. Pan wie! Poznaniacy to drzwi przed nami zamykali, poznaniacy są podli ludzie. Nie dali nam wody nawet. Nie mówiło się o krowie, bo to trzeba wiadra dać żeby się napiła, ale nam ludziom się napić. Skierowanie mieliśmy do Tomaszowa Mazowieckiego, było tam tak dużo transportów, że nas już nie przyjęli i przywieźli nas na stację Góra Śląska”.

Anna Danita Nowak (ur. 06.05.1930), która pochodziła z Polesia, mieszkała w mieście Prużany, też wyruszyła tym samym transportem co pani Gryzia Wanda:

Nasz domek był przed samą wojną postawiony, mały drewniany. Jeden Rusek miał chęć na ten domek, to on szybko zorganizował transport, żeby nas wepchnąć do pociągu i zabrać sobie domek. Celem naszym było dojechać do Oreńczyc tuż za granicą do głównej trasy Brzeź-Baranowicze. My ze wschodu wszystko brali, mieliśmy czas na zapakowanie się, na Sybir jak brali, przychodząc w nocy, drzwi otwierali i zagarniali, kto jak stał to jechał. Jak transport ruszył chcieli nas zawieźć do Namysłowa, szerokie tory dochodziły. W Poznaniu trzeba było się przeładowywać. Od Poznania jechaliśmy w zwykłych towarowych wagonach ze zwierzętami, ze wszystkim razem. W Poznaniu powiedzieli nam, że do Góry mamy jechać. Nikt nie wiedział z tego transportu gdzie ta Góra jest. Myśmy zamiast z Poznania tu na Rawicz przyjechać, to my przez Wrześnię, Śrem, gdzieś tamtędy byliśmy wiezieni. Najśmieszniejsze było w Bojanowie, że Góra to gdzieś na górze leży. Nasz transport rozdzielili na dwie części, pierwszą przywieźli wcześniej, a nas później. 6 maja 1945 roku przywieźli nas na boczny tor”.

Relacja Franciszka Ciołki:

Ksiądz, który później został zabity przez banderowców wypisał na plebani wszystkie dokumenty do wyjazdu na zachód. W Tarnopolu ruszył transport. W dzień my stali, a w nocy na dwa parowozy wieźli. Jechaliśmy jak jeszcze przechodził front. Baliśmy się, żeby nie było obstrzału. Jechaliśmy w zwykłych towarowych, niekrytych wagonach. W wagonie były trzy rodziny razem z krowami, końmi, ze zbożem. Sześć tygodni nas wieźli. Trafiliśmy do Góry przez Wrocław. Było to w maju 1945 roku”.

Anna Waleryś:

Nam do Łodzi pisali. Ojciec tym się zajmował, my już czekali na transport. Z Wołynia jechali transporty prędzej i jeszcze po nas jechali.
Co dnia transporty chodzili. W Tarnopolu ruszył transport, trzeba było się załadować. Każdemu krowy nie dali, tylko wojskowemu. Koni nie dali wziąć, psa nie dali wziąć, mieliśmy ładną sukę. W wagonie krowa, ubrania, tobołki, zboże. Gdzie jedziemy też nie wiedzieli, bo skąd wiedzieć. W Kędzierzynie trzymali na bocznicy cały miesiąc, nie mieli gdzie nas zawieść. To wagony były bydlęce. Nieraz niektóre mówią, że w bydlęcych wagonach jechali – a my w jakich? A do Niemiec nas, w jakich wieźli? Zajechali my do Góry Śląskiej 5 maja 1945 roku
”.

Z Wilna przyjechała do Góry Regina Mieszkiewicz (ur. 01.06.1921), która miała też skierowanie do Łodzi:

Brat zapisał się do Łodzi. Mówili, gdzie kto będzie chciał, tam będą wywozić. Miał tam kolegę, który był sam. Prosił brata, żeby przyjechał, bo miał dwa domy i jeden miał oddać nam. Normalnie wieźli. A my taki kompot z rabarbaru gotowali. No to wychodzili, narwaliśmy w jednym miejscu, na cegiełkach garnuszek postawiliśmy, wody trochę i kompot gotowali, i to tak cały tydzień pili ten kompot. Jeść mieliśmy, chleb, słoninki, pić wody nie było. Gdzie na dworcu stanęliśmy, no to zawsze ktoś wyskoczył i nabierał wody. Rozkładali i gotowali kompoty. W wagonie towarowym każdy miał sobie łóżeczko, każdy coś wiózł, łóżko, albo jakieś materace i każdy sobie na tym spał. Szafę wieźli niektórzy ze sobą, stoły, to mieli na czym usiąść. Jechaliśmy cały tydzień. Przyjechaliśmy na stację w Górze Śląskiej w czerwcu 1945 roku”.

Głos Krystyna Białasik - Tarnawskiej:

Transporty. Ja wyjechałam w czerwcu około 20. z Sasowa. Jeździliśmy po całej Polsce. W transporcie meble, trochę skrzyń z jednej strony, z drugiej strony trochę gratów i z tyłu krowa stała. Część ludzi w Kluczborku się wysiedliła, reszta nie wysiadała. Inny transport przyszedł, lokomotywę odczepili, a nas pociągnęli aż na Pomorze. Byliśmy nad morzem w Golnowie. Tam już dalej pociąg nie szedł. Znowu czekaliśmy na lokomotywę, żeby stamtąd dalej nas wieźli. Trafiliśmy do Zielonej Góry, mieliśmy tam się osiedlić. Jedna siostra osiedliła się tam, moja mama nie chciała zdecydować się, bo mówi, że jest za Odrą. Mówili, że Niemcy przyjdą. Odra była postrachem. Wszyscy mówili, że to tymczasowe, a później z powrotem wrócimy na wschód, bo przecież dorobek pozostał cały życiowy, na stare lata człowiek chciał siedzieć tam, a tu tym czasem zmienić obywatelstwo albo wyjeżdżać w nieznane. W sierpniu przyjechałam na stację Góra Śląska”.

Edward Korotecki (ur. 15.11.1935) od urodzenia mieszkał w Złoczowie. W wieku niespełna dziesięciu lat opuścił swoje rodzinne strony:

Czekaliśmy na transport dwa tygodnie pod gołym niebem. Była jesień transport przyszedł ze Złoczowa. Wyjechaliśmy na początku listopada. Podstawiono szerokotorowe wagony rosyjskie tak zwane towarowe, ale zadaszone. Dwa tygodnie jechaliśmy do Góry ze Złoczowa. Siedliśmy na swoim dobytku, bagażach. Ludzie ze wsi mieli po prostu konie, krowy, owce i rozmaity inny dobytek. To było pośrodku, a my po bokach na tobołkach spaliśmy, a ja byłem usytuowany przy oknie. To dla mnie była cała przyjemność jazdy. Przez dwa tygodnie prawie się nie myliśmy. W wagonie były krowy, konie, dziecko niedorozwinięte. Był to chłopak szesnastoletni, który z tymi krowami, końmi na tej słomie leżał. Jak dojechaliśmy do Krakowa przeładowano nas na wagony polskie, chyba na wąskotorowe. Nas załadowali do wagonów krytych, a dobytek do niekrytych wagonów. Był listopad padał deszcz. Najgorzej było, że cały dobytek ludzi mókł, zakrywano czym się dało, blachami, ale to nic nie pomagało. Ja jechałem z mamą i półtorarocznym bratem. W trójkę dojechaliśmy do Góry. Nie było co jeść na bieżąco. Jedliśmy chleb z domu i marchewkę. Mama dla brata gotowała kaszkę. To ciężka była jazda i ciężkie życie. Nie było co jeść. W czasie podróży widziałem jak pociąg przejechał jednej pani nogi, która poszła się załatwić pod wagony i pociąg w tym czasie ruszył i nie zdążyła uciec. W Przeworsku widziałem jak żołnierz wyskoczył z pociągu na peron. Pociąg się nie zatrzymał i się zabił. Niebezpiecznie było. W czasie jazdy były potworne przerwy, buty mi się zdarły, bo chodziłem po torach. Przyjechaliśmy na stację koło tartaku, budynek był wypalony, stały tylko kikuty ścian. Było to 15 listopada 1945 roku”.

C.d.n.

Brak komentarzy: